pl

Blogi użytkownika

  • Save this on Delicious

foto Marcin HołowińskiWielu ludzi zapłaciło bardzo wysoką cenę za swój udział w zrywach antykomunistycznych. Spytani czy było warto? – milczą.

Grudzień 1970 roku był czasem, gdy odważyliśmy się powiedzieć głośno, czego tak naprawdę oczekujemy. Mieliśmy dość życia na niby – wspomina pan Henryk.

Kowale własnego losu
Pan Henryk to dziś emerytowany stoczniowiec, człowiek spokojny i opanowany. W latach siedemdziesiątych był dwudziestoczterolatkiem, dopiero wchodzącym w dorosłe życie.
– Wszystko zaczęło się od kolosalnej podwyżki cen żywności. Była to kropla, która przelała czarę goryczy. Partii nie zależało już nawet na pozorach, jedną decyzją pokazano, że już nikt się z nami nie liczy – wspomina z żalem pan Henryk.

– Załoga stoczni Nauta w Gdyni, gdzie pracowałem, spotkała się wieczorem 16 grudnia w jednej z hal. Ktoś podtoczył na jej środek przyczepę. Wdrapał się na nią działacz Komitetu Obrony Robotników. Przemawiał, zachęcając nas do walki o to, co nam należne. Nawoływał, by skończyć z życiem pod dyktando komunistów. Ludzie słuchali uważnie. Skandowali hasła, śpiewali patriotyczne pieśni, palili i topili kukły przedstawiające znienawidzonych polityków. Byliśmy gotowi!
Tu następuje dłuższa przerwa w opowieści. Pan Henryk zdaje się zbierać myśli, błądząc wzrokiem po pokoju. Zniszczonymi od wieloletniej pracy dłońmi obraca nerwowo kubek z herbatą stojący na stole i po chwili z powagą w głosie wraca do trudnych wspomnień. – Na terenie zakładu spędziliśmy całą noc. Nazajutrz, w czwartek 17 grudnia, dobiegły nas odgłosy odległej strzelaniny. Bardzo szybko zjawił się goniec z wiadomością, że przy przystanku Gdynia Stocznia wojsko i policja strzelają do naszych. Zrozumieliśmy, że jest to właściwy czas, by upomnieć się o sprawiedliwość. Solidarność pchała do wspólnej walki. Cała załoga stoczni rzuciła się do bram zakładu. W przejściu stanął dyrektor, zabraniając wyjścia. Koledzy szybko się z nim rozprawili, wywożąc na taczce w nieznanym kierunku.

Czas próby
– Ta kreska to front wojska i milicji, za nimi czołgi. W tym miejscu natomiast staliśmy my. Blisko, bardzo blisko – pan Henryk stara się zilustrować przebieg wydarzeń, rysując na planie miasta kluczowe punkty. – Znalazłem się w centrum wydarzeń. Oni... oni strzelali ostrą amunicją! Nigdy wcześniej i nigdy potem aż tak się nie bałem. Ludzie kryli się przed kulami karabinów za betonowymi filarami mostu. Jedynie na środku jezdni stała samotna kobieta z polską flagą w dłoni. Wołała do nas dlaczego się boicie, dlaczego się chowacie?. Nie mogłem uwierzyć, że ta delikatna istota ma w sobie tyle odwagi. Nagle poczułem, jak ktoś ranny zsuwa się na mój bok i prosi o pomoc. Złapałem go i rozpiąłem marynarkę, w piersi nieszczęśnika widniały otwory po kulach. Wiedziałem, że niewiele już mogę zrobić. Przerzuciłem go przez ramię i zsunąłem się z nasypu, by przedrzeć się pomiędzy stojącymi składami SKM. W powietrzu świstały kule, jakiś młody człowiek staczał się po schodach, brocząc we własnej krwi. Zjechał na sam dół, już się nie podniósł.

– Przebicie się na ul. Czerwonych Kosynierów (dzisiaj ul. Morska) zajęło mi sporo czasu. Ciało młodego położyłem na ziemi. Czułem gniew i bezsilność. W przypływie rozpaczy i nienawiści zacząłem bić pięściami w kiosk Ruchu. Ręce zatapiały się po łokcie w dyktowych ścianach. Gdy doszedłem do siebie, nie znalazłem już chłopaka, którego przyniosłem. Dostrzegłem natomiast, jak inni układają ciało na drzwiach wyrwanych pośpiesznie z czyjegoś domu. Jestem przekonany, że osobą wyciągniętą przeze mnie z tego piekła był Zbyszek Godlewski (Janek Wiśniewski – jak nazwano go w słowach ballady). Choć raczej nikt nie byłby dziś w stanie tego zweryfikować.

Za godne życie
Wspomnienia pani Urszuli z okresu lat osiemdziesiątych miały podobny wydźwięk. Rozmowie z wdową po działaczu Solidarności przy PLO Gdynia, towarzyszy nastrój goryczy.
– Owszem, ludzie nauczeni przykrymi wydarzeniami z przeszłości, byli już roztropniejsi – stwierdza rozmówczyni. – Może i udało nam się pokojowo wywalczyć porozumienie, lecz co z tego, skoro władza ludowa, już od pierwszego dnia nas okłamywała. Zupełnie tak, jak w 1939 roku naziści mieli już przygotowane listy do Stutthofu, tak samo komuniści już na rok przed wprowadzeniem stanu wojennego sporządzili nakazy internowania. Rok wcześniej – podkreśla. – Było to w czasie, gdy naiwni i nieświadomi ludzie cieszyli się odzyskaną namiastką wolności.

Pani Urszula otwiera powoli teczkę zawierającą dokumenty z IPN. – Proszę spojrzeć, jacy oni byli wyrachowani. Tutaj mamy listę internowanych w Strzebielińskim obozie. Po kilkunastu mężczyzn w małych celach. Funkcjonariusze SB obchodzili się z nimi bez litości. Mój mąż drogo zapłacił za swoje marzenia o wolności. Zamarł w wyniku wycieńczenia niedługo po zwolnieniu z obozu. Nie on jeden! Ofiar stanu wojennego było więcej. To Polak Polakowi zgotował taki los – podsumowuje z żalem pani Urszula. – Z każdym takim wydarzeniem wiązały się ogromne ludzkie dramaty. Zabitych przez SB często chowano w lasach, a ich rodziny zastraszano, by nie odważyli się nikomu wspomnieć słowem o tym, co się wydarzyło.
– Dzisiejsza młodzież nie musi już dokonywać wyborów, których od nas wymagano. I oby tak już pozostało. My zwyciężyliśmy, ale to było gorzkie zwycięstwo – kończy pani Urszula, zamykając w papierowej teczce świadectwa dawnych dramatów.

Marcin Hołowiński
Imię pana Henryka zostało zmienione zgodnie z jego życzeniem.

jarfie Sty 4 '10

Witajcie gadżetomaniacy! Czy zastanawialiście się kiedyś, skąd się wzięło słowo gadżet? Otóż pochodzi ono z języka angielskiego i francuskiego.

Gadget w dosłownym tłumaczeniu oznacza wymysł, przyrząd, urządzenie, wynalazek. Gdy używamy tego słowa, najczęściej mamy na myśli niewielki przedmiot lub przyrząd spełniający, bardzo często w sposób innowacyjny, określoną funkcję. Natomiast moje ulubione gadżety to te, które mają niewielkie lub prawie żadne zastosowanie praktyczne.
Poniżej kilka gadżetów, które ostatnio udało mi się wygrzebać w Internecie.

Snowball Maker
Czy zdarzyło ci się, że podczas bitwy na śnieżki nie nadążałeś lepić kul? Albo miałeś ochotę porzucać się śniegiem, ale rękawiczki bardzo szybko robiły się mokre i to cię zniechęcało? Mamy na to rozwiązanie. Dzięki przyrządowi do robienia śniegowych kul, już nigdy nie zabraknie ci amunicji podczas bitwy na śnieżki, twoje rękawiczki pozostaną suche, a ręce nie zmarzną. Ten gadżet może okazać się kluczowy, by wygrać śniegową bitwę z rodziną czy sąsiadami.

 

 


Mega Snow Brick Maker

Mam dla ciebie jeszcze jedną propozycję związaną ze śniegiem. Dzięki przyrządowi do robienia śniegowych cegieł w mgnieniu oka uformujesz idealne bloczki i zbudujesz własne fantastyczne igloo. Mega Snow Brick Maker przyda się również, by zbudować śnieżny mur, za którym można chować się podczas bitwy na śnieżki. Razem z przyrządem do robienia kul śnieżnych stanowią nieodzowny zestaw podczas zimowych zabaw. W lecie zaś przyda się do budowania zamków z piasku.


Snowman Kit
Zimą na pewno nie raz naszła cię ochota, by ulepić bałwana. Ale nie miałeś skąd wziąć marchewki, węgielków i garnka. Teraz to już nie będzie przeszkodą. Zamów zestaw wykończeniowy do bałwana już teraz, a kiedy nadejdzie odpowiedni czas, nic cię nie powstrzyma od świetnej zabawy. W ofercie są dostępne różne zestawy. Klasyczne i bardziej fantazyjne, by zrobić np. bałwana w stylu punk.

 

 




Przebranie dla pupila

Wyobraź sobie taką sytuację. Znajomi zapraszają cię na super imprezę przebieraną. Chciałbyś iść, ale nie masz z kim zostawić swojego pupila. Mógłbyś zabrać go z sobą, ale wiesz, że bez przebrania zwierzak będzie się głupio czuł (bo wszyscy inni przebrani). Na szczęście można uniknąć takich dylematów. Przebierzcie się razem i zabierz pupilka ze sobą. Przy okazji zrobicie piorunujące wrażenie na otoczeniu. Dostępnych jest mnóstwo wzorów w różnych rozmiarach. Dopasujesz coś do każdej rasy. A podczas mroźnych dni takie przebranie sprawi, że pupilowi będzie cieplej.


Lusterko wsteczne do komputera
Są takie chwile, gdy pochłonięci tym, co się dzieje na ekranie komputera, nie możemy oderwać od niego wzroku. A chciałoby się sprawdzić, kto właśnie wszedł do naszego pokoju i czy przypadkiem nie zerka nam przez ramię. Chciałoby się mieć oczy z tyłu głowy… Właśnie dlatego stworzono lusterko wsteczne do komputera. Teraz wystarczy jedno szybkie spojrzenie i wiemy, co się dzieje za naszymi plecami. Idealne dla graczy i osób tracących kontakt ze światem zewnętrznym. Dodatkowo przyda się do sprawdzenia stanu, w jakim sami jesteśmy. Czy przypadkiem przed wyjściem nie powinniśmy się ogolić?

 

 

 


mrwysocki@gmail.com
Łukasz Wysoki

jarfie Sty 4 '10

Od dłuższego czasu żona Pokrętka z jakiegoś powodu była wyraźnie niezadowolona. Gdy wracała z pracy, rozglądała się bacznie po mieszkaniu, wydawała z siebie gardłowy pomruk i wymierzała mężowi solidny cios, zazwyczaj trafiając w kark.

Pokrętek nie miał pojęcia, czym zasłużył sobie na codzienną porcję uderzeń od swej połowicy. Próbował oczywiście poszerzyć swoją wiedzę i nieśmiało zapytał, czym rozzłościł małżonkę, ale w odpowiedzi usłyszał tylko jeszcze bardziej gardłowy pomruk i poprawkę ciosu, tym razem w okolice nerek.

Pierwszą myślą, jaka przyszła Pokrętkowi do głowy, było to, że kupował za mało piwa. Następnego dnia kupił zatem nie jedną, a dwie skrzynki. Wszystkie butelki starannie schłodził, a tuż przed powrotem żony dwie kusząco oszronione postawił na widocznym miejscu. Pokrętkowa weszła do mieszkania, błyskawicznie dostrzegła piwo na stole, używając oczodołów, otworzyła obie butelki na raz i wypiła je w około 10 sekund. Wydała z siebie zadowolony pomruk, który jednak znowu przerodził się we wściekły i znowu oberwało się mężowi.

Następnego dnia Pokrętek postanowił pójść w kulinaria. Przygotował obiad dostarczający około 5000 kalorii (oczywiście nie zapomniał o piwie) i czekał. Tym razem cios spadł na niego z około pięciominutowym opóźnieniem.

Biedny Pokrętek naprawdę nie miał pojęcia, jakich to oczekiwań żony nie spełnia. W akcie desperacji następnego dnia posprzątał całe mieszkanie. Był to naprawdę rozpaczliwy gest, ponieważ jego żonie nigdy nie zależało na porządkach. I rzeczywiście nawet nie zauważyła, że cokolwiek się zmieniło – jak zwykle przywitała męża silnym uderzeniem.

Pokrętek postanowił podejść do tego psychologicznie. Kupił jeszcze więcej piwa, poczekał aż żona wypije je całe i zaśnie pijana przed telewizorem. Następnie podszedł do niej od tyłu i udając głos jej matki zapytał: Dlaczego bijesz tego imbecyla? (imbecyl było najchętniej używanym przez jego teściową zamiennikiem słowa zięć). W odpowiedzi usłyszał: A bo mnie wpienia. Pierwszą rzeczą jaką widzę po powrocie do domu jest jego parszywa gęba!

Może i ta informacja trochę zabolała, ale Pokrętek poczuł przede wszystkim ulgę, że nareszcie wie, za co jest karany. Następnego dnia wrócił po pracy do domu, szybko przygotował obiad i piwo, ale tuż przed tym, jak jego żona miała się pojawić w domu, wyszedł. Wrócił po około godzinie promieniejąc szczęściem, że ominął go przydziałowy cios. Ledwo jednak przekroczył próg, na jego głowę spadł potężny raz. Zanim stracił przytomność usłyszał jeszcze tylko: Gdzie łazisz zamiast czekać na mnie w domu? Ostatnią myślą, która pojawiła się w jego głowie było: Dobrze, że tym razem chociaż werbalizuje swoje oczekiwania.

Anita Niemczyk

jarfie Sty 4 '10

 

 

 

 

 

Mikołajek to chłopiec, który ma wielu przyjaciół oraz mnóstwo energii do zabawy. I jak to zwykle bywa ze świetnymi pomysłami małych chłopców, dorośli nie wiadomo dlaczego uważają je za zupełnie nieodpowiednie. Dlatego zarówno przyjaciele Mikołajka, jak i on sam, wciąż pakują się w kłopoty, choć bardzo się starają być grzeczni.

Kiedy 50 lat temu René Goscinny i Jean-Jacques Sempé stworzyli postać tego rozbrykanego chłopca, nikt nie traktował ich opowiadań jako przyszłej klasyki. Dzisiaj Mikołajek jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych bohaterów dziecięcego świata. Cała seria książek cieszy się niesłabnącym uwielbieniem wśród czytelników.

W tym roku przygody Mikołajka i jego kolegów będzie można po raz pierwszy zobaczyć w kinie. Czy może być lepszy prezent na Mikołajki niż… Mikołajek?

reżyseria Laurent Tirard

scenariusz Grégoire Vigneron , Alain Chabat

zdjęcia Denis Rouden

muzyka Klaus Badelt

czas trwania: 91
dystrybucja: Forum Film Poland Sp. z o.o.

infonondolfek Gru 7 '09

Armagedon 2012

Wystarczy wbić się w chwytliwą tematykę, wykorzystując znane techniki przyciągania przez odwołanie się do ludzkich emocji (strach, niepewność, obawa o przyszłość), stworzyć kilka efektów specjalnych i być uznanym przez wszystkie portale filmowe... Mam wrażenie, że film 2012 w reżyserii Ronalda Emmericha, zdobył swą sławę jeszcze przed wejściem na ekrany kinowe wyłącznie dzięki powyższym tajnikom. Zdobywając dodatkowo rozgłos przez oparcie swego scenariusza na rzekomo sprawdzonej przepowiedni Majów, wyciągnął z domów ogromne rzesze spragnionych poznania swej przyszłości ludzi i powypełniał nimi sale kinowe po brzegi.

Bo taka już natura ludzka. Zawsze chcemy słyszeć o tym, co wywołuje w nas emocje, a tym bardziej strach. W warunkach niepewności uderzamy więc do wszelkich miejsc, w których widzimy nadzieję rozwiązania wielkiej zagadki.

Co z tego, że za samego mojego życia koniec świata ogłaszany był już przynajmniej kilka razy. Co z tego, że na początku jako małe dziecko i ja uwierzyłam w magiczną datę zwiastującą wielki krach ludzkości. Co wreszcie z tego, że z czasem zaczęłam wręcz na niego czekać – no przyjdź, nie strasz tak, no uderz we mnie ty końcu świata jeden! Takiś pewny? Takiś groźny? Takiś ważny, że wszyscy się mają ciebie brać? Proszę bardzo, pokaż mi się – przyjdź i walnij zamiast tylko straszyć. Nigdy nie odezwał się ani słowem, czasem strasząc tylko w wiadomościach kolejnymi dowodami na ocieplenie klimatu i nieuchronnej zagładzie skorupy ziemskiej i wszystkich jej żyjątek.

Aha, a jednak się odzywasz końcu świata. Od tego czasu z niezwykłą starannością skupienia zaczęłam oglądać wszystkie dzienniki, wiadomości. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, nieliczne wiadomości o zagładzie klimatycznej zaczęły jednak zagłuszać sprawy mniejszego kalibru. Pojedyncze tragedie ludzi, o których mówiło się przynajmniej kilkanaście razy w czasie pół godzinnego odcinka newsów. Ciężkie choroby, głębokie rany szarpane zadawane przez ślepy los i potęgę kryzysu gospodarczego, rany kłute zadawane zwyczajnym ludziom przez niezwykłe sytuacje, rany postrzałowe powstałe w wyniku ślepych strzałów na marność ludzkiego losu. Spojrzałam dookoła siebie, zobaczyłam wszystkie małe tragedie które dzieją się u każdego z nas, dostrzegłam wszystkie straty i cierpienia jakich sama teraz doświadczam. I wiecie co? Dopiero wtedy usłyszałam głos ‘końca świata’ – „wzywałaś mnie, więc jestem. Tu i teraz. Zawsze do usług.”

Czy my naprawdę musimy czekać do 2012 roku? Świat kończy się nam przecież każdego dnia.

Oglądając Emmerichowską wizję zagłady ludzkości, można się oprzeć złudzeniu, iż główny bohater filmu jest człowiekiem nieśmiertelnym, co udowadnia przejeżdżając bez szwanku swym elastycznie dopasowującym się do sytuacji samochodem przez walący się dookoła świat... przez ziemię, która pęka wszędzie za wyjątkiem fragmentu, na którym akurat znajdzie się on ze swoją rodziną.
Świat się kończy, a ja wciąż żyję – mógłby rzecz
Świat dookoła mnie umiera, zmienia się, stacza, pękają najtrwalsze podstawy a ja wciąż żyję. Żyję i muszę patrzeć na to wszystko – wydaje się, że z kolei te słowa mógłby już wypowiedzieć każdy z nas.
Rozglądnijmy się dookoła – włączmy wiadomości, poczytajmy gazety, prześledźmy historie naszych znajomych i swoje własne – świat naprawdę się rozpada... Na swój sposób każdemu wali się ziemia.

Może więc Emmerich nie odniósł wcale porażki, rysując nam tak śmiesznie bajkową wizję końca naszego istnienia – może uciekł się do karykaturalnego naszkicowania wszelkich wielkich ludzkich obaw specjalnie? By zaśmiać się ze wszystkich naszych bezpodstawnych lęków na ten temat? By poprzez przesadę i przerysowanie pokazać nam, że granice ludzkiej zagłady nie wytyczy nigdy żadna magiczna data ani niezwykłe wydarzenie... że świat może naprawdę ginąć na naszych oczach w cichej otaczającej nas osobistej codzienności dnia...

Agnieszka Szarek

infonondolfek Gru 7 '09

 

 

 

 

 

Pewnej deszczowej nocy Edward Środoń (Arkadiusz Jakubik) pojawia się przypadkowo w domu małżeństwa Dziabasów (Kinga Preis i Marian Dziędziel). Początkowa nieufność gospodarzy ustępuje miejsca tradycyjnej polskiej gościnności. Przybysz nie przypuszcza nawet, jak bardzo to spotkanie odmieni jego życie.

Po kilku latach, w tym samym domu ekipa śledcza rozpoczyna dochodzenie. W progu ponownie staje Edward Środoń. Tym razem jego wizyta nie jest przypadkowa – ma pomóc w rekonstrukcji tajemniczych zdarzeń sprzed czterech lat.

Prowadzący śledztwo porucznik Mróz (Bartłomiej Topa) odkrywa, że rozwiązanie zagadki może być niebezpieczne nie tylko dla podejrzanego. Rozpoczyna się dramatyczny wyścig z czasem. Porucznik zostanie wciągnięty w niebezpieczną grę, której stawką jest odkrycie przerażającej prawdy, na ujawnieniu której nie wszystkim jednak zależy.

Prawda? Nie ma takiej…


reżyseria Wojciech Smarzowski

scenariusz Wojciech Smarzowski , Łukasz Kośmicki

zdjęcia Krzysztof Ptak

muzyka Mikołaj Trzaska

aktorzy
Marian Dziędziel    Dziabas
Arkadiusz Jakubik     Środoń
Kinga Preis     Dziabasowa
Bartłomiej Topa     Porucznik Mróz 

czas trwania: 106
dystrybucja: ITI CINEMA

infonondolfek Gru 7 '09

Bądź unikalny, bądź różnorodny, bądź jak Berlin – tak brzmi slogan reklamujący stolicę Niemiec z filmu W Berlinie. Taki był też tegoroczny 3. All About Freedom Festival. W promocyjne hasła władz Berlina musimy wierzyć na słowo, o jakości festiwalu mogliśmy przekonać się na własnej skórze w mijającym tygodniu. Trzydzieści filmów z całego świata,  wyświetlanych w trzech trójmiejskich kinach, dwadzieścia fabuł i dziesięć dokumentów. Organizatorzy podzielili program na cztery cykle: Dla chwili wolności, Wolność a tożsamość, Kiedy wolność zagraża wolności i Wyzwolone przez… - przestrzenie wolności. Każdy z nich temat wolności podejmował w inny sposób, czasem ze społecznym, politycznym zaangażowaniem, innym razem parabolicznie. Poruszano kulturowy aspekt wolności oraz jej związki ze sztuką.

Gdyby spróbować wskazać najmocniejsze pozycje tegorocznego programu, nie można by opuścić dwóch tytułów, najmocniej wciskających w fotel. Chodzi mianowicie o Głód Steve’a McQueen’a i Birma VJ Andersa Høgsbro Østergaarda. Pierwszy, traktujący o więziennym strajku Irlandzkich bojówkarzy z IRA, to ascetyczna, hipnotyzująca i drastyczna wizja człowieka walczącego o swoje przekonania. Pod względem formalnym jest to majstersztyk o jakie ciężko we współczesnym kinie  a skąpa do granic możliwości narracja pozwala opowiedzieć reżyserowi więcej niż niejedna z polifonicznych konstrukcji, które często pojawiały się na festiwalu. Kino przemyślane w każdym detalu, zajmujące i poruszające.

Zupełnie inna jest specyfika dokumentalnego Birma VJ. Norweski reżyser to jedynie montażysta, który nie był, i którego nie mogło być podczas realizacji zdjęć. Film powstał z przesyłanych na zachód, przez nielegalną organizację filmową, materiałów. W zamkniętym i dotkniętym okrutnym reżimem państwie posiadanie kamery jest nielegalne. Młodzi filmowcy z narażeniem życia wychodzą z ukrytą cyfrówką między ludzi by obserwować ich życie, problemy i przede wszystkim, rodzącą się i stłamszoną brutalnie, rewolucję. Nietypowe realia powstania tego filmu sprawiają, że unikalne są emocje jakie wywołuje. Doznanie prawdy ekranowej jest wręcz duchowe (w Głodzie – fizyczne), a napięcie jakie powoduje zakazane spojrzenie okiem obiektywu godne klasowego kina szpiegowskiego.

Festiwal miał w tym roku szczęście do eksperymentów. Większość filmów starała się znaleźć jakiś nowy sposób na wypowiedzenie swoich treści, odważnie choć z różnym sukcesem artystycznym.   Zacznijmy od dokumentów, bo tutaj więcej było pozycji trafionych. Dominował ton optymizmu, o poważnych sprawach mówiło się żartobliwie (Yes-Meni naprawiają świat), o zabawnych ze śmiertelną powagą (Królik po berlińsku). Mnóstwo pozytywnej energii dostarczyli twórcy Kultury remixu apelując o większe możliwości w korzystaniu z intelektualnych i artystycznych zdobyczy ludzkości. Piękną, choć utopijną wizję stolicy Niemiec przedstawił znany operator Michael Ballhaus w W Berlinie. Szkoda, że obraz ten jest tak jednostronny bo była szansa na coś więcej niż reklama tego ciekawego miasta. Dostało się przede wszystkim wielkim koncernom (znowu Yes-Meni… , Kultura remixu czy Zaróbmy jeszcze więcej). Tutaj też pojawia się wrażenie utopijności, pięknego mirażu w którym świat można łatwo naprawiać a wspólnymi siłami przełamiemy filozofię pieniądza. Twórcy pięknych idei tych dokumentów sprawiają czasami wrażenie współczesnych Don Kichotów. To jest właśnie najtragiczniejszy aspekt ich filmów. Najatrakcyjniejszym tytułem jest wspomniany Królik po berlińsku polskich twórców. Historia muru berlińskiego opowiedziana z punktu widzenia mieszkających przy nim królików jest zabawna, nostalgiczna i mądra. Za pomocą konwencji filmu przyrodniczego twórcy próbują rozszyfrować naturę człowieka i opowiadają przy okazji spory kawałek historii XX wieku.

Wśród fabuł trudniej było znaleźć w pełni udane produkcje. Obok omawianego już Głodu warto zaznaczyć obecność dwóch jeszcze filmów. Tradycyjna, wielowątkowa opowieść o irańskich uchodźcach Dla chwili wolności. Reżyser Arash T. Riali spotkał się po projekcji z widzami zdradzając ciekawe kulisy realizacji tego odważnego filmu. Poruszono też wiele ciekawych kwestii dotyczących samego Iranu i tamtejszej sztuki filmowej. Udany, wzruszający film i spotkanie sprawiło, ze problem współczesnego Iranu był jednym z najwyrazistszych na festiwalu. Druga godna polecenia pozycja to Universalove Thomasa Woschitza. Sześć krótkich historii w różnych miejscach świata. Ciężko jednoznacznie określić naturę tego obrazu. Energetyczny film muzyczny, awangardowa impresja, kino nastroju i soczystego dialogu godne Jima Jarmuscha. Nieuchwytny i wyrazisty jednocześnie.

Dużo było wśród fabuł pozycji mrocznych zanurzonych w psychologii. Wolność występuje w nich kontekstowo, domyślnie. Mamy tu kandydatów do Oscara z Izraela Ajami, który oprócz ważnych treści i problemów nie oferuje większych wartości artystycznych. Zniewolenie jest tutaj wewnętrzne. Niemożność przeskoczenia uprzedzeń i samoistnie nakręcającej się machiny przemocy. Godnym podziwu wyczynem jest realizacja filmu Zabiłem matkę Xaviera Dolana – dwudziestolatka, który sam w filmie zagrał, sam go wyreżyserował i wyprodukował. W dodatku obraz jest Kanadyjskim kandydatem do Oscara. Ta autobiograficzna historia stosunków głównego bohatera z matką nie jest może wielkim kinem, histeryczna i okraszona niepotrzebnymi ozdobnikami, ale pozycją dobrze rokującą przyszłej twórczości młodego reżysera. Węgierska przypowieść Siódmy krąg opowiada o rodzącym się, w grupie nastoletnich bohaterów, grzechu. Pełna symboli, ciekawa estetycznie historia jest niestety odarta z wiarygodnej psychologii co prowadzi do mało przekonującego finału. W Dniu spódnicy otrzymujemy efekciarską historię, w której sfrustrowana nauczycielka bierze za zakładników swoich uczniów. W efekcie wykrzyczane są tu bolączki francuskiego społeczeństwa, film jest dydaktyczny i uproszczony. Powrót na ekran Isabelle Adjani nie należy do udanych. Prawie dobrym filmem jest Adam zmartwychwstały Paula Schradera, który opowiadając o upodleniu człowieka przez holocaust posługuje się kategorią „człowieka psa”. Ciekawa metafora, dobrze wykorzystana w filmie nie współgra ze słabszymi wątkami pobocznymi. Inne pozycje festiwalowe to cyberpunkowy Podłącz się, nietypowy ale całkowicie nieudany Wolność – biblijna komedia muzyczna, niepotrzebny Człowiek w pułapce czy Miłośnicy ptaków.

Podsumowując filmowe oblicze tegorocznego All About Freedom, docenić należy rozmach i solidne przygotowanie organizatorów. Przedstawione filmy były różnorodne, bez dublujących się tematów. Pytania o wolność znalazły się w utworach z różnych części świata, które różnie wolność postrzegają. Miała ona na festiwalu wiele twarzy. Większość filmów szukała też unikalności. Objawiała się ona w wyszukanej formie, odświeżonej konwencji, szukaniu nowego języka. Chyba właśnie na tej czysto filmowej płaszczyźnie hasło wolność otrzymało najpełniejszy wyraz. Najlepsze pozycje tegorocznego festiwalu to filmy robione po swojemu, wbrew nakazom, zakazom, normom i przeszkodom.  

Mateusz Koldun             

                    
 


 

 
 

infonondolfek Lis 25 '09

Człowiek jest gorszy od wichury! – alarmuje Czytelniczka, która twierdzi, że huragan, który powalił topole, jest teraz pretekstem do wycinki drzew na większą skalę.

Prawdziwe pobojowisko – tak najkrócej można było opisać wygląd naszych ulic po przejściu październikowej nawałnicy. Silny wiatr, zwalone drzewa, czy zmiażdżone samochody to prawdziwy koszmar, przez który musieli przejść mieszkańcy. Na ul. Gospody trzy powalone przez silny wiatr topole zniszczyły aż 20 aut zaparkowanych przed blokami. Na szczęście nikt nie został ranny.

 

Lepiej, żeby to się nie powtórzyło... (fot. W. Gronowski)

Od razu zaczęły się spekulacje, czy taka sytuacja może się powtórzyć oraz czy nadwerężone wichurami drzewa pójdą pod topór. Od jednej z mieszkanek otrzymaliśmy sygnał w tej sprawie.

- Drugiego dnia wichury, około godziny dziesiątej, nagle pojawili się mężczyźni w kombinezonach – relacjonuje oburzona Czytelniczka. - Chwilę potem 30-letni świerk przy ul. Gospody 8 zostaje obalony uderzeniem piły tarczowej. Na tym nie koniec. Po kilku minutach topole padają jedna po drugiej w ślad za świerkiem. Rosły kilkadziesiąt lat. Wystarczył kwadrans, żeby zostały zniszczone. Czy potrzebnie? Czyżby skorzystano z okazji, żeby zapoczątkować wycinkę drzew i zafundować nam Zieloną Drogę? Tyle, że bez zieleni...

Kobieta zastanawia się, czy trzeba było ścinać właśnie świerk.

- To było piękne, zdrowe drzewo – uważa mieszkanka. - Nie wiem, komu przeszkadzało. Widać wyraźnie: ziemia wokół świerka jest lekko wzruszona. Na tym koniec. Mało realne, żeby drzewo stwarzało bezpośrednie zagrożenie dla mieszkańców. Mieszkając 14 lat na Żabiance miałam okazję przeżyć niejedną wichurę i to taką, że drzewa łamały się jak zapałki. Szczególnie utkwiła mi w pamięci choinka silnie przechylona na bok, z kilkoma korzeniami na wierzchu. Mimo to udało się ją uratować i żyje po dziś dzień. Nasuwa się pytanie, czy wobec tego usunięcie tych drzew było sensowne. Tym bardziej, że pozostałe po wycięciu pieńki straszą i nie dodają otoczeniu urody.

Poprosiliśmy o wyjaśnienie w tej sprawie.

- Jest to bardzo subiektywna ocena – uważa Dariusz Petrowski, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej Zabianka. - Trudno osobie postronnej gołym okiem, z okna czy balkonu zaobserwować, jak dalece sięgnęły zniszczenia. My usuwamy tylko te drzewa, których system korzeniowy został poważnie naruszony. Chcemy w przyszłości uniknąć takich przypadków, jak ten podczas ostatniej wichury, kiedy to przewracające się drzewa uszkodziły 20 samochodów. Zresztą, gdybyśmy nie podjęli takich działań, z pewnością spotkaliśmy się z falą krytyki Nie chcemy sprawy zaniechać i ryzykować dopuszczenia do powtórki z tamtych wydarzeń.

(drako)

kmsony Lis 24 '09

O zdewastowanych ławkach przy deptaku pisaliśmy w poprzednim numerze Gazety Żabianki. Temat wywołał żywą reakcję naszej Czytelniczki, która domaga się, by oczyścić ławeczki z ptasich odchodów i ustawić zakaz dokarmiania gołębi.

Usiądź, gościu, a odpocznij sobie... tylko gdzie? Tak chciałoby się zapytać na widok zdewastowanych ławek „zdobiących” deptak, który – bądź co bądź - powinien być wizytówką naszego osiedla.

 

 

Gołębie upodobały sobie to miejsce (fot. dk)

Estetyka osiedla to problem, który leży na sercu wielu mieszkańcom. Co prawda, nieprawdziwe byłoby twierdzenie, że nic się w tej kwestii nie dzieje. Dobrym przykładem tego, że sprawy „idą ku lepszemu” są ocieplone bloki, nowe place zabaw, czy coraz częściej równe chodniki. Natomiast niewątpliwie złą wizytówką jest nasz deptak i ławeczki, a raczej – ich pozostałości.

Ataki wandali

O problemie napisaliśmy w poprzednim numerze gazety. Nasza czytelniczka uważa bowiem, że sprawa ławek przy deptaku, w pobliżu „Grosza” wymaga pilnego rozwiązania.

Są one bardzo zdewastowane i nie przysparzają temu miejscu uroku - uważa Irena Męzacka, mieszkanka osiedla.

Dariusz Petrowski

- Będziemy poszukiwali korzystnego rozwiązania tak, by ławki nadal stały w tym miejscu, w którym stoją, jednak wyglądały estetyczniej – stwierdził prezes. - Jednak nie jest to proste. Nowe ławki muszą mieć jeszcze bardziej „wandaloodporną” konstrukcję, gdyż niestety, niszczenie tego rodzaju sprzętów to poważny problem. Chuligani ciągle wyżywają swoje emocje właśnie na ławkach, które są notorycznie dewastowane.

, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej Żabianka zapewnił, że inwentaryzacja została już zrobiona.

Problem goni problem

Okazuje się, że to nie jest jedyny problem, który dotyczy tej kwestii. Z redakcją skontaktowała się inna Czytelniczka.

- Czytałam ostatnio w Gazecie Żabianki artykuł na temat ławek przy deptaku – mówi mieszkanka naszego osiedla. - Muszę powiedzieć pewną rzecz. Otóż te ławeczki są notorycznie zarezerwowane. Ale nie dla ludzi, tylko dla gołębi. Przechodzę codziennie obok „Grosza” i widzę prawdziwe chmary tych ptaków, które okupują chodnik, murki oraz ławki, przy okazji zanieczyszczając wszystko swoimi odchodami. Efekt jest taki, że nie sposób tam usiąść, żeby się nie zabrudzić.

Czytelniczka uważa, że dzieje się tak dlatego, gdyż gołębie są tutaj regularnie dokarmiane.

- Co jakiś czas widzę porozsypywany na trawniku i deptaku pokarm – zauważa kobieta. – A przecież gołębie mogą być niebezpieczne. Niedawno słyszałam, że przenoszą one kilka rodzajów chorób, które mogą być groźne dla ludzi. I nie chodziło tylko o osławioną ptasią grypę. Chyba nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, jak duże jest to zagrożenie!

Apel do spółdzielni

- Apeluję do spółdzielni o ustawienie dużej, rzucającej się w oczy tablicy, z wyraźnym napisem „Nie dokarmiać ptaków” – dodaje mieszkanka. - Moim zdaniem koty również nie powinny być na naszym osiedlu dokarmiane. Wszak ich głównym zadaniem jest polowanie na gryzonie. A kiedy będą najedzone, to z pewnością nie będą polować na myszy ani szczury.

Na prośbę Czytelniczki z problemem zwróciliśmy się do spółdzielni.

- Nie planujemy ustawienia takich tablic, bowiem byłoby to nieskuteczne – mówi Dariusz Petrowski. – Zakaz dokarmiania jest ujęty w naszym regulaminie, dodatkowo na klatkach schodowych wiszą ogłoszenia w tej sprawie. Są jednak ludzie, którzy nie respektują zasad wzajemnego współżycia i lekceważą zakazy. Uważają, że ich zdanie jest ważniejsze od dobra ogółu.

 

(drako)

kmsony Lis 24 '09

Pełnowymiarowe boisko typu Orlik powstaje przy Zespole Kształcenia Podstawowego i Gimnazjalnego nr 7. O szkole ostatnio było głośno zresztą nie tylko z tego powodu. Placówka została bowiem czasowo zamknięta z powodu dziesiątkujących uczniów infekcji.

Na ten moment zarówno uczniowie, jak i pedagodzy czekali od lat. Nowy Orlik rośnie w oczach. Postępy widać jak na dłoni.

Uczniowie – już w komplecie – cieszą się na myśl o nowym boisku (fot. ZKPiG nr 7)

- Cieszymy się, że wreszcie powstanie u nas pełnowymiarowe boisko z prawdziwego zdarzenia – mówi Bogdan Derkowski, dyrektor ZKPiG nr 7. - Jest to jeden z trzech tego typu obiektów, które powstają obecnie w Gdańsku. Jego otwarcie jest już kwestią najbliższego czasu.

Dodać należy, że szkoła odznacza się sportowym zacięciem i takie zaplecze jest niezwykle ważne w procesie edukacji. Zwłaszcza, że nauczyciele mają ambitny plan i chcą wychowywać nie tylko dobrych sportowców, ale także kulturalnych kibiców, którzy podczas Euro 2012 nie przyniosą ujmy biało-czerwonej drużynie.

Sposób na grypę

Jeszcze niedawno placówka była na ustach wszystkich. A to za sprawą odważnej decyzji o zamknięciu szkoły i odwołaniu lekcji. Czas pokazał, że było warto.

- W związku z dużą liczbą zachorowań na grypę oraz frekwencją poniżej 50 proc. ustalono, że szkoła zostanie zamknięta, a uczniowie nadrobią zaległości w soboty - mówi Zdzisław Szudrowicz, pomorski kurator oświaty.

Zdaniem Jerzego Karpińskiego, lekarza wojewódzkiego, szybkie odizolowanie chorych, najlepiej w domu na kilka dni, to najlepsza forma zapobiegania rozprzestrzenieniu się infekcji. Właśnie tyle bowiem czasu wystarczy, żeby objawy ustąpiły.

- Brawa dla dyrektora, który ostatnio zdecydował się zamknąć szkołę – mówi wprost Jerzy Karpiński. - Apeluję do pracodawców i dyrektorów szkół – gdy wzrasta liczba zachorowań, zróbcie wolne.

100 proc. frekwencji

- W krytycznym momencie frekwencja wynosiła 48 proc. – opowiada Bogdan Derkowski. - To sprawiło, że przy aprobacie rodziców podjęliśmy decyzję o zamknięciu szkoły. 2 listopada na zajęciach nie było ponad połowy dzieci. Wiele z nich dodatkowo skarżyło się na wysoką temperaturę oraz dotkliwe bóle głowy. Niektórzy uczniowie czuli się tak źle, że byli odbierani przez rodziców podczas zajęć. Wówczas doszliśmy do wniosku, że gdyby dzieci zostały w domu przez kilka dni, miałyby szansę „wychorować się” i w krótkim czasie wrócić do pełni sił. Zdecydowaliśmy o zamknięciu szkoły na 8 dni.

Oczywiście, nie obyło się bez wątpliwości.

- Jednak naszą decyzję pozytywnie ocenił lekarz wojewódzki – dodaje dyrektor. - Rodzice też odnieśli się do niej ze zrozumieniem. Pomimo, że zapewniliśmy wtedy opiekę świetlicowa, w tamtym okresie z niej nie skorzystali. Kiedy zajęcia wznowiono, na lekcje przyszło 85 proc. dzieci. Potem było już tylko lepiej. Obecnie frekwencja wynosi 95 proc. A w wielu klasach mamy nawet 100 proc. obecności, lub brakuje jednego, góra dwóch, uczniów. Oczywiście, tamte dni będziemy odrabiali. Nauczyciele już są do tego przygotowani i dadzą z siebie 200 proc. możliwości.

(drako)

kmsony Lis 24 '09
Strony: «« « ... 3448 3449 3450 3451 3452 ... » »»
  • Save this on Delicious

Reklama

News

UFC 224 Fight Card PPV

UFC 224 UFC 224 Live UFC 224 Live Stream UFC 224 Live Online https://ufc-224.de/ https://ufc-224.de/ UFC 224 Online UFC 224 Stream Live UFC 224 Live UFC 224 Online Live UFC 224 Stream Strea

Movers and Packers Pune - http://packmovefast.com/pune.html

Welcome to Relocate Services is a reputable service supplier for movers and packers pune households, office furniture and equipment, factories and machineries, industrial goods andsure.Relocate Servi

packersmovers .in

Avoid pipe dream gauges. Generally, these are organizations that may offer a lower site before the move and after that discharge your pockets with concealed a great many. Be extremely careful about

Zamienić kurnik na apartamentowce…

Ponury i przygnębiający barak pamiętający zamierzchłe czasy PRL, dawna i dzisiejsza siedziba władz jednej z największych gdańskich spółdzielni mieszkaniowych, nie jest najlepszą wizytówką LWSM Morena.

„Promyk Nadziei” zbuduje plac zabaw

Zakończył się konkurs skierowany do organizacji pozarządowych na wybudowanie plac w zabaw dla dzieci na terenie Gdańska. Nowe atrakcje dla najmłodszych powstaną do końca 2010 r. Wśr d dwunastu oferent

Niechciane zaliczki

Zarząd LWSM Morena wprowadził zaliczkową opłatę 10 złotych na poczet rozliczenia tak zwanej wody r żnicowej. Kwota ta podlegać będzie rozliczeniu po zakończeniu okresu rozliczeniowego zużycia wody.

Castel wycina w pień

Przy ul. Magellana na Morenie wycięto w pień dorodne drzewa, a zaraz potem na teren wjechały spychacze zaalarmowali nas mieszkańcy osiedla Morena. Jeśli wycięte zostały jakiekolwiek drzewa, to z c

Zarządowi nie podwyższono wynagrodzenia

17 sierpnia obradowała Rada Nadzorcza LWSM Morena . Obecni byli zainteresowani członkowie sp łdzielni. Zmieniono zasady typowania dom w do rocznego planu dociepleń. Obecnie o pierwszeństwie będzie de

Myjnia oprotestowana

Czy na parkingu przy ul. Kolumba wydzierżawionym od sp łdzielni prywatny przedsiębiorca, Władysław Krugły, będzie m gł zbudować myjnię dla samochod w? Mieszkańcy sąsiadujący z tym parkingiem, sondow

Przed pierwszym dzwonkiem…

Do nowego roku szkolnego pozostało już niewiele czasu, toteż każda godzina w szkole przy Gojawiczyńskiej wykorzystywana jest maksymalnie, aby jak najlepiej przygotować plac wkę do zajęć.Brygada remont

Wczytywanie...