pl

News

  • Save this on Delicious
«    1 2 3 4 5 ... 19 20    »

Od niespełna czterech lat jest aktorką teatru Piąty Wymiar działającego przy Miejskim Domu Kultury w Wołominie. Gra na scenie to dla niej wolność, zmienność, przełamywanie własnych słabości. Aleksandrze Rusin o drodze rozwoju swojej pasji opowiada Karolina Mazur.

Dlaczego aktorstwo?
Aktorstwo fascynuje mnie dlatego, że w pewnym sensie pozwala być wolnym. Wchodząc na scenę, zapomina się o bożym świecie. A adrenalina i podekscytowanie sprawiają, że to najwspanialszy zawód pod słońcem. Oprócz tego interesuje mnie zmienność, której trzeba się nauczyć i niebywała empatia, którą należy władać. Fascynują mnie również kolorowe stroje, charakteryzacja i ludzie dzięki, którym można stworzyć coś, za co dostaje się brawa na stojąco.

Brawa na stojąco znamionują sukces zespołu. Co jest twoim osobistym sukcesem? 
Dla mnie sukcesem jest sam fakt możności przebywania na scenie i pracy w gronie utalentowanych ludzi.

Czy zatem istnieje coś, co ogranicza twoją pasję?

Rzec można, że nic jej nie ogranicza, nic zewnętrznego. Jedynym ograniczeniem jestem ja sama. Moje kłopoty rodzinne, życie prywatne, kompleksy, nieumiejętność podejmowania decyzji i wewnętrzne wątpliwości.

A jakie, twoim zdaniem, problemy mogą dotyczyć osób początkujących w zawodzie aktora? Z czego mogą one wynikać?
Nie mam zielonego pojęcia. To indywidualna sprawa. Niektórzy obawiają się nowych ludzi, inni zaś wejścia na scenę, mimo że bardzo tego pragną. Ja np. na samym początku bałam się przyjść na próbę! Obawiałam się reakcji ludzi będących tam już od dłuższego czasu i tego, że się nie sprawdzę, że się skompromituję. Ale wszystkie te lęki minęły kiedy po raz pierwszy weszłam na scenę. Myślę, że początkowe  kłopoty wynikają z niewiedzy, ze strachu przed nieznanym. Z czasem jednak zaskoczenia i rozczarowania stają mniejsze, a problemy tracą na znaczeniu.

Czy jest coś, co stanowi dla ciebie problem, coś, czego nie zrobiłabyś na scenie?
Problem? Dla mnie? (śmiech) Mało jest rzeczy, których nie mogłabym zrobić. Chociaż wiem, że na pewno nie mogłabym wystąpić w sztuce, w której musiałabym uprawiać seks na scenie. Inne formy erotyzmu, nagości nie sprawiałyby mi problemu.

Jak sądzisz, które trudności związane z aktorstwem można pokonać, a których nie?

Można pokonać każde, tylko trzeba nad tym długo pracować. Myślę, że nawet ja z czasem nauczę się podejmowania decyzji i zwalczę wieczne wątpliwości i kompleksy.
 
Jak widać część barier, zwłaszcza tych, z którymi tak ciężko nam sobie poradzić, istnieje w nas samych. Na szczęście można je pokonać dzięki pracy i wytrwałości w dążeniu do celu.

06-01-2010 00:00:00 ·

Tomek Cymes, student I roku medycyny na Uniwersytecie Cambridge. Chciał zostać lekarzem odkąd skończył sześć lat. Realizację marzenia rozpoczął od wyboru dobrej szkoły z dwujęzycznymi oddziałami i zdania międzynarodowej matury. Jak sam przyznaje, pociągało go wyzwanie: lekarz musi być bardzo dobrze wyszkolony, żeby ratować życie; no i musi się cały czas kształcić, żeby leczyć lepiej. To połączenie nauki z pracą, która daje bardzo konkretne wyniki.

Czy coś cię zaskoczyło na studiach?
Tak. Na przykład to, że zajęcia w prosektorium, które mnie trochę przerażały, były od razu drugie. Poza tym, wykładowcy są życzliwi, sympatyczni – kiedyś jeden z nich nawet przyniósł cukierki. A na poważnie, supervisions są miłym zaskoczeniem, co tydzień przychodzi nas troje do specjalisty od np. biochemii i dyskutujemy o ostatnich wykładach. No i pod względem posługiwania się specjalistycznym językiem nie odstaję od Brytyjczyków tak bardzo, jak myślałem.

Wydaje się, że jesteś  zadowolony z dokonanego wyboru?
Chyba tak. Wydaje mi się, że tutejszy sposób nauczania medycyny odpowiada mojemu stylowi uczenia się. Chociaż, na razie głównie dokładam szczegóły do tego, co wcześniej wiedziałem.

A czy nigdy nie wydawało ci się, że Cambridge jest nieosiągalne?
Pomysł studiowania za granicą zrodził się dopiero w drugiej klasie liceum. Wcześniej miałem świadomość, że dla studiów medycznych w ogóle, jak najlepszy start jest bardzo ważny. Zatem najpierw dużo nauki, przygotowań, olimpiad, żeby dostać się do warszawskiego liceum. Potem walka o wyniki na maturze. Jeśli chodzi o samo Cambridge, prawdę mówiąc, miałem wątpliwości odkąd złożyłem aplikację, aż do początku semestru. Takie oczekiwanie daje czas do refleksji, myślałem sobie – przecież tam idą najlepsi, gdzie ja się pcham? Czy uda mi się tak zdać maturę, żeby mnie przyjęli?

Czy oprócz dylematów natury intelektualnej były też inne, np. materialne? W końcu studia zagraniczne to ogromna inwestycja.
Zgadza się. Na szczęście rodzina okazała bardzo duże wsparcie. Chociaż i tak ostrożnie planowałem każdą wydaną złotówkę. Czasami zdarzało się, że odmówiono mi stypendium tylko dlatego, że dochód rodziny był za wysoki o kilka złotych. To utrudniało całą sprawę.

Mimo wszystko udało ci się dostać na wymarzoną uczelnię. Jakie wobec tego są twoje oczekiwania, plany?
Chciałbym zostać chirurgiem, ale nie wiem czy mi się to uda. Wybite na siatkówce palce nie są tak sprawne, jak powinny. Jeśli nie chirurgia, to neurologia albo kardiologia. Na razie chciałbym pracować w Wielkiej Brytanii, tam zdobyć doświadczenie. Potem może wrócę do Polski, ale to jeszcze odległa sprawa.

A jak się czujesz jako młody emigrant w nowym, nieznanym otoczeniu, a jednocześnie człowiek, który właśnie spełnia swoje marzenie?
Jako człowiek spełniający swoje marzenia – świetnie. Jako emigrant jeszcze trochę niepewnie, ale przyzwyczajam się. Zniknęła już prawie całkiem bariera językowa, więc jest łatwiej niż na początku. Jeśli to połączyć, to jestem szczęśliwy.

Rozmawiała Aleksandra Rusin

06-01-2010 00:00:00 ·

Sezon letnich eskapad jest już dawno za nami. Większość z nas na pewno mile go wspomina. Jednak, jak co roku, zdarzają się też i tacy, których wyjazd nie spełnił pokładanych oczekiwań. Przed nami Sylwester, dlatego by uniknąć podobnych ewentualnych nieprzyjemności postanowiłem porozmawiać z dr Markiem Janczykiem – Miejskim Rzecznikiem Konsumentów w Poznaniu, który udziela rad rozgoryczonym wycieczkowiczom.

Na co najczęściej skarżą się konsumenci?
Powodów jest wiele, można je podzielić na dwie grupy. Pierwsza z nich to rzeczywiście nierzetelne wykonanie umowy, czyli sytuacja gdy mieliśmy być zakwaterowani w innym hotelu niż jesteśmy, klimatyzacja sterowana jest odgórnie przez obsługę hotelu a powinna być obsługiwana manualnie, wycieczka się nie odbyła itd. Drugą grupą są okoliczności bardziej subiektywne. Czyli gdy spodziewaliśmy się, że meble będą nowe a nie są, pokój będzie z widokiem na morze a nie na śmietnik, lub że w okolicach hotelu będzie porządek, a biuro podróży nie gwarantowało żadnej z tych rzeczy.

Czy te nieporozumienia wynikają najczęściej z winy nierzetelnych firm czy klientów - fantastów?

Firmy nie mogą oszukiwać w folderach reklamowych, tego typu praktyki są zakazane i biura się ich wystrzegają. Oczywiście nie oznacza to, że taka ewentualność nie może mieć miejsca, jednak na szczęście rzadko się zdarza. Natomiast dużym błędem konsumentów jest podejmowanie decyzji kierujących się nie tym, co nam oferuje biuro podróży, tylko własnymi wyobrażeniami. Wyobraźmy sobie ogłoszenie o hotelu, który jest położony 20 metrów od morza. I pytanie, jak odczytamy taki komunikat? Nie ma w nim nic o odległość do plaży. Pewnie z jakiegoś powodu. Mniej dociekliwy konsument może postawić znak równości miedzy morzem a plażą wyobrażając sobie, że hotel jest doskonale usytuowany. Na miejscu okazuje się, że rzeczywiście hotel jest 20 metrów od morza, ale stoi np. na klifie a do plaży jest 1, 5 km.

Czy są jakieś szczególne okresy w roku, których dotyczą skargi?

Problem dotyczy sezonu wiosennego, kiedy to w hotelach przeprowadzane są jeszcze czasami jakieś drobne remonty.

Na koniec proszę powiedzieć, o czym powinniśmy pamiętać przed i w trakcie wyjazdu

Należy bardzo dokładnie czytać warunki umowy. W sytuacji, gdy usługa realizowana jest w sposób nienależyty, np. nie było kolacji ponieważ za wcześnie zamknięto bufet, musimy pamiętać by uzyskać na miejscu potwierdzenie takiego stanu rzeczy na piśmie od rezydenta. Miejmy również świadomość, że czas składania reklamacji jest ograniczony. Pamiętajmy też, że w turystyce nie ma odgórnej klasyfikacji hoteli, w każdym kraju standard ocenia się własną miarą, co oznacza, że hotel 4* w Egipcie nie koniecznie musi wyglądać tak samo jak hotel tej samej rangi w Europie. Opinie o hotelach i biurach podróży możemy sprawdzić w Internecie. Ale przede wszystkim, nie kupujmy wycieczki w ciemno, kierując się jedynie ceną. Ona zawsze z czegoś wynika.

Rozmawiał i zrobił zdjęcie: Krzysztof Minakowski

06-01-2010 00:00:00 ·

Witajcie gadżetomaniacy! Czy zastanawialiście się kiedyś, skąd się wzięło słowo gadżet? Otóż pochodzi ono z języka angielskiego i francuskiego.

Gadget w dosłownym tłumaczeniu oznacza wymysł, przyrząd, urządzenie, wynalazek. Gdy używamy tego słowa, najczęściej mamy na myśli niewielki przedmiot lub przyrząd spełniający, bardzo często w sposób innowacyjny, określoną funkcję. Natomiast moje ulubione gadżety to te, które mają niewielkie lub prawie żadne zastosowanie praktyczne.
Poniżej kilka gadżetów, które ostatnio udało mi się wygrzebać w Internecie.

Snowball Maker
Czy zdarzyło ci się, że podczas bitwy na śnieżki nie nadążałeś lepić kul? Albo miałeś ochotę porzucać się śniegiem, ale rękawiczki bardzo szybko robiły się mokre i to cię zniechęcało? Mamy na to rozwiązanie. Dzięki przyrządowi do robienia śniegowych kul, już nigdy nie zabraknie ci amunicji podczas bitwy na śnieżki, twoje rękawiczki pozostaną suche, a ręce nie zmarzną. Ten gadżet może okazać się kluczowy, by wygrać śniegową bitwę z rodziną czy sąsiadami.

 

 


Mega Snow Brick Maker

Mam dla ciebie jeszcze jedną propozycję związaną ze śniegiem. Dzięki przyrządowi do robienia śniegowych cegieł w mgnieniu oka uformujesz idealne bloczki i zbudujesz własne fantastyczne igloo. Mega Snow Brick Maker przyda się również, by zbudować śnieżny mur, za którym można chować się podczas bitwy na śnieżki. Razem z przyrządem do robienia kul śnieżnych stanowią nieodzowny zestaw podczas zimowych zabaw. W lecie zaś przyda się do budowania zamków z piasku.


Snowman Kit
Zimą na pewno nie raz naszła cię ochota, by ulepić bałwana. Ale nie miałeś skąd wziąć marchewki, węgielków i garnka. Teraz to już nie będzie przeszkodą. Zamów zestaw wykończeniowy do bałwana już teraz, a kiedy nadejdzie odpowiedni czas, nic cię nie powstrzyma od świetnej zabawy. W ofercie są dostępne różne zestawy. Klasyczne i bardziej fantazyjne, by zrobić np. bałwana w stylu punk.

 

 




Przebranie dla pupila

Wyobraź sobie taką sytuację. Znajomi zapraszają cię na super imprezę przebieraną. Chciałbyś iść, ale nie masz z kim zostawić swojego pupila. Mógłbyś zabrać go z sobą, ale wiesz, że bez przebrania zwierzak będzie się głupio czuł (bo wszyscy inni przebrani). Na szczęście można uniknąć takich dylematów. Przebierzcie się razem i zabierz pupilka ze sobą. Przy okazji zrobicie piorunujące wrażenie na otoczeniu. Dostępnych jest mnóstwo wzorów w różnych rozmiarach. Dopasujesz coś do każdej rasy. A podczas mroźnych dni takie przebranie sprawi, że pupilowi będzie cieplej.


Lusterko wsteczne do komputera
Są takie chwile, gdy pochłonięci tym, co się dzieje na ekranie komputera, nie możemy oderwać od niego wzroku. A chciałoby się sprawdzić, kto właśnie wszedł do naszego pokoju i czy przypadkiem nie zerka nam przez ramię. Chciałoby się mieć oczy z tyłu głowy… Właśnie dlatego stworzono lusterko wsteczne do komputera. Teraz wystarczy jedno szybkie spojrzenie i wiemy, co się dzieje za naszymi plecami. Idealne dla graczy i osób tracących kontakt ze światem zewnętrznym. Dodatkowo przyda się do sprawdzenia stanu, w jakim sami jesteśmy. Czy przypadkiem przed wyjściem nie powinniśmy się ogolić?

 

 

 


mrwysocki@gmail.com
Łukasz Wysoki

04-01-2010 00:00:00 ·

foto Marcin HołowińskiWielu ludzi zapłaciło bardzo wysoką cenę za swój udział w zrywach antykomunistycznych. Spytani czy było warto? – milczą.

Grudzień 1970 roku był czasem, gdy odważyliśmy się powiedzieć głośno, czego tak naprawdę oczekujemy. Mieliśmy dość życia na niby – wspomina pan Henryk.

Kowale własnego losu
Pan Henryk to dziś emerytowany stoczniowiec, człowiek spokojny i opanowany. W latach siedemdziesiątych był dwudziestoczterolatkiem, dopiero wchodzącym w dorosłe życie.
– Wszystko zaczęło się od kolosalnej podwyżki cen żywności. Była to kropla, która przelała czarę goryczy. Partii nie zależało już nawet na pozorach, jedną decyzją pokazano, że już nikt się z nami nie liczy – wspomina z żalem pan Henryk.

– Załoga stoczni Nauta w Gdyni, gdzie pracowałem, spotkała się wieczorem 16 grudnia w jednej z hal. Ktoś podtoczył na jej środek przyczepę. Wdrapał się na nią działacz Komitetu Obrony Robotników. Przemawiał, zachęcając nas do walki o to, co nam należne. Nawoływał, by skończyć z życiem pod dyktando komunistów. Ludzie słuchali uważnie. Skandowali hasła, śpiewali patriotyczne pieśni, palili i topili kukły przedstawiające znienawidzonych polityków. Byliśmy gotowi!
Tu następuje dłuższa przerwa w opowieści. Pan Henryk zdaje się zbierać myśli, błądząc wzrokiem po pokoju. Zniszczonymi od wieloletniej pracy dłońmi obraca nerwowo kubek z herbatą stojący na stole i po chwili z powagą w głosie wraca do trudnych wspomnień. – Na terenie zakładu spędziliśmy całą noc. Nazajutrz, w czwartek 17 grudnia, dobiegły nas odgłosy odległej strzelaniny. Bardzo szybko zjawił się goniec z wiadomością, że przy przystanku Gdynia Stocznia wojsko i policja strzelają do naszych. Zrozumieliśmy, że jest to właściwy czas, by upomnieć się o sprawiedliwość. Solidarność pchała do wspólnej walki. Cała załoga stoczni rzuciła się do bram zakładu. W przejściu stanął dyrektor, zabraniając wyjścia. Koledzy szybko się z nim rozprawili, wywożąc na taczce w nieznanym kierunku.

Czas próby
– Ta kreska to front wojska i milicji, za nimi czołgi. W tym miejscu natomiast staliśmy my. Blisko, bardzo blisko – pan Henryk stara się zilustrować przebieg wydarzeń, rysując na planie miasta kluczowe punkty. – Znalazłem się w centrum wydarzeń. Oni... oni strzelali ostrą amunicją! Nigdy wcześniej i nigdy potem aż tak się nie bałem. Ludzie kryli się przed kulami karabinów za betonowymi filarami mostu. Jedynie na środku jezdni stała samotna kobieta z polską flagą w dłoni. Wołała do nas dlaczego się boicie, dlaczego się chowacie?. Nie mogłem uwierzyć, że ta delikatna istota ma w sobie tyle odwagi. Nagle poczułem, jak ktoś ranny zsuwa się na mój bok i prosi o pomoc. Złapałem go i rozpiąłem marynarkę, w piersi nieszczęśnika widniały otwory po kulach. Wiedziałem, że niewiele już mogę zrobić. Przerzuciłem go przez ramię i zsunąłem się z nasypu, by przedrzeć się pomiędzy stojącymi składami SKM. W powietrzu świstały kule, jakiś młody człowiek staczał się po schodach, brocząc we własnej krwi. Zjechał na sam dół, już się nie podniósł.

– Przebicie się na ul. Czerwonych Kosynierów (dzisiaj ul. Morska) zajęło mi sporo czasu. Ciało młodego położyłem na ziemi. Czułem gniew i bezsilność. W przypływie rozpaczy i nienawiści zacząłem bić pięściami w kiosk Ruchu. Ręce zatapiały się po łokcie w dyktowych ścianach. Gdy doszedłem do siebie, nie znalazłem już chłopaka, którego przyniosłem. Dostrzegłem natomiast, jak inni układają ciało na drzwiach wyrwanych pośpiesznie z czyjegoś domu. Jestem przekonany, że osobą wyciągniętą przeze mnie z tego piekła był Zbyszek Godlewski (Janek Wiśniewski – jak nazwano go w słowach ballady). Choć raczej nikt nie byłby dziś w stanie tego zweryfikować.

Za godne życie
Wspomnienia pani Urszuli z okresu lat osiemdziesiątych miały podobny wydźwięk. Rozmowie z wdową po działaczu Solidarności przy PLO Gdynia, towarzyszy nastrój goryczy.
– Owszem, ludzie nauczeni przykrymi wydarzeniami z przeszłości, byli już roztropniejsi – stwierdza rozmówczyni. – Może i udało nam się pokojowo wywalczyć porozumienie, lecz co z tego, skoro władza ludowa, już od pierwszego dnia nas okłamywała. Zupełnie tak, jak w 1939 roku naziści mieli już przygotowane listy do Stutthofu, tak samo komuniści już na rok przed wprowadzeniem stanu wojennego sporządzili nakazy internowania. Rok wcześniej – podkreśla. – Było to w czasie, gdy naiwni i nieświadomi ludzie cieszyli się odzyskaną namiastką wolności.

Pani Urszula otwiera powoli teczkę zawierającą dokumenty z IPN. – Proszę spojrzeć, jacy oni byli wyrachowani. Tutaj mamy listę internowanych w Strzebielińskim obozie. Po kilkunastu mężczyzn w małych celach. Funkcjonariusze SB obchodzili się z nimi bez litości. Mój mąż drogo zapłacił za swoje marzenia o wolności. Zamarł w wyniku wycieńczenia niedługo po zwolnieniu z obozu. Nie on jeden! Ofiar stanu wojennego było więcej. To Polak Polakowi zgotował taki los – podsumowuje z żalem pani Urszula. – Z każdym takim wydarzeniem wiązały się ogromne ludzkie dramaty. Zabitych przez SB często chowano w lasach, a ich rodziny zastraszano, by nie odważyli się nikomu wspomnieć słowem o tym, co się wydarzyło.
– Dzisiejsza młodzież nie musi już dokonywać wyborów, których od nas wymagano. I oby tak już pozostało. My zwyciężyliśmy, ale to było gorzkie zwycięstwo – kończy pani Urszula, zamykając w papierowej teczce świadectwa dawnych dramatów.

Marcin Hołowiński
Imię pana Henryka zostało zmienione zgodnie z jego życzeniem.

04-01-2010 00:00:00 ·

Umarł król, niech żyje król! Jeszcze nie tak dawno huczały media po polskiej walce stulecia. Młodszy, szybszy Tomasz Adamek w piątej rundzie posłał na deski starego, powolnego i zmęczonego Andrzeja Gołotę.

W ten sposób Adamek zrobił pierwszy krok do bokserskiego raju – czyli walki w najbardziej prestiżowej wadze ciężkiej. Czy popularny Góral odniesie sukces za oceanem i zostanie mistrzem? Tego nie wiem, życzę mu jak najlepiej. Jednak to nie na zwycięzcy chcę się skupić. Dla mnie ważniejszy po tej walce jest pokonany, upokorzony Andrzej Gołota.   
   
Muszę przyznać, że z bólem oglądałem jak młody wilk Adamek niemiłosiernie obija Legendę polskiego boksu. To była zapewne ostatnia walka Gołoty. Skończyła się pewna epoka. Umarł jeden z ostatnich symboli mojego dzieciństwa. Początki jego zawodowej kariery to czasy rodzenia się w Polsce kapitalizmu. Andrzej Gołota był jednym z tych, którzy odnieśli sukces w nowej  rzeczywistości, którzy spełnili swój amerykański sen.
       
Jestem dzieckiem nowej ery, rocznik 1990. Pierwszych wolnych wyborów, Planu Balcerowicza, dewaluacji złotego i innych przemian nie pamiętam w ogóle lub pamiętam słabo. Pamiętam za to walki Gołoty, składanie klocków Lego i smak gumy Turbo. To są właśnie dla mnie symbole przemian, demokracji, kapitalizmu. Myślę, że nigdy nie zapomnę walki Andrzeja Gołoty z Lennoxem Lewisem. Był rok 1997, miałem 7 lat. Polak przegrał w pierwszej rundzie, a ja płakałem całą noc, nie mogąc się pogodzić z klęską mojego herosa. Był to pierwszy z wielu późniejszych upadków Gołoty. Zawsze jednak się podnosił, wracał na ring, miał charakter. W końcu nie bez przyczyny w latach 90. po walkach z Riddickiem Bowe ogłoszono go Ostatnią nadzieją białych na mistrzostwo w wadze ciężkiej.

Na mit Gołoty złożyła się również jego ciemna strona, czyli konflikty z prawem. Jednak jego charyzma przyciągała przed telewizory miliony i rozpalała wyobraźnię Polaków. Gołota był  takim dobrem narodowym, układano o nim piosenki, robiono komiksy. Prezydent Kwaśniewski wydał mu nawet List Żelazny, aby bokser uniknął aresztowania w Polsce za bójkę we Włocławku.   
   
Dziś Symbol upadł. Czy się podniesie? Raczej nie. Jest wyczerpany, zdruzgotany, pokonany. Ludzie mają nowego króla polskiego boksu. Stary król przegrał, upadł, skończył się. Dla mnie jednak pozostanie ikoną. Był nią nawet wtedy, gdy uciekał z ringu przed Mikem Tysonem. Bo gdy został symbolem raz, będzie nim już do końca, jak klocki Lego i guma Turbo.

Maciej Pietrzak

04-01-2010 00:00:00 ·

Narzędzie wymiany informacji, portal społecznościowy, czy nowa forma komunikacji? Czym są mikroblogi?

Mikroblogi są to portale, umożliwiające umieszczanie krótkich wiadomości (około 160 znaków) o tym, co znaleźliśmy w sieci, o nowościach w naszym życiu... Pozwalają komunikować się z innymi użytkownikami poprzez prywatne wiadomości, a także przy użyciu wpisów.

Główną ideą mikroblogów jest przekazywanie informacji, o czynnościach jakie się w danej chwili wykonuje, krótkich przemyśleń lub planów, które ma się zamiar zrealizować w najbliższym czasie.
Czym różnią się od typowych komunikatorów?

W przeciwieństwie do komunikatora internetowego (np. Gadu-Gadu), mikroblog możemy podglądać online. Wszystkie wysłane informacje są w ten sposób zapisane, co umożliwia pełen dostęp do dyskusji.

Po drugie: charakter rozmów. W przypadku komunikatorów są to głownie rozmowy indywidualne. Mikroblogi oferują możliwość dyskusji w ramach Tagów. Wpisując w wypowiedź Tag, staje się ona widoczna dla wszystkich, którzy dany Tag obserwują. Stanowi to więc rozszerzenie funkcjonalności komunikatora.

Różne sposoby edycji
Mikroblogi edytujemy nie tylko z poziomu przeglądarki. Możemy dodawać statusy poprzez komunikator (np. Gadu-Gadu). Możemy także przesyłać informacje sms’em lub mms’em. Dzięki temu mamy dostęp do mikroblog nawet z mniej zaawansowanych telefonów komórkowych.

Do czego możemy wykorzystać mikroblogi?
Większość statusów umieszczanych w serwisach mikroblogowych (około 80%) dotyczy samych autorów – informują choćby o samopoczuciu. Coraz częściej wykorzystują ją blogerzy i firmy, promując siebie lub swoje usługi.

Media także mają swoje profile w serwisach społecznościowych – przykładem jest TVN Warszawa. Dzięki temu, osoby obserwujące profil tej telewizji, już po chwili od opublikowania nowego artykułu, otrzymują powiadomienie na swoim komunikatorze

Jest to dynamiczne środowisko wymiany informacji. Swoją szybkość zawdzięcza efektowi skali. Jedna osoba może błyskawicznie dotrzeć do kilku tysięcy osób. Wystarczy, że jej status trafi do 50 obserwujących ją osób, skąd informacja zostanie jeszcze kilka razy „podana dalej”.

Tagi natomiast są to specjalnie oznaczone słowa kluczowe. Każdy Tag stanowi niejako kategorię, do której przypisywany jest status lub wiadomość wysyłana między dwoma użytkownikami. Każdy ma możliwość obserwować konkretny Tag, dzięki czemu otrzymuje związane z tym tematem statusy.

Kilka przykładowych Tagów:
#google – wszystko związane z Google
#warszawa – wydarzenia w Warszawie
#drogiblipie – Tag zawierający pytania i prośby użytkowników serwisu Blip.pl

Do czego można wykorzystać mikroblogi?
•    Promocja witryny lub nowych wpisów na stronie
•    Promocja konkretnych produktów, podtrzymywanie relacji z klientami
•    Informowanie o konkursach i wydarzeniach
•    Prowadzenie dyskusji na różne tematy
•    Koordynacja działań – np. spotkania towarzyskiego
•    Poszukiwanie informacji, zgłaszanie próśb, monitorowanie newsów
•    Komunikacja z konkretnymi ludźmi
•    Relacja z wydarzeń, omawianie na bieżąco sytuacji
•    Dzielenie się życiem prywatnym

Serwisy mikroblogowe w Polsce
W Polsce działa obecnie kilka serwisów mikroblogowych. Od Twittera, który był zachodnim prekursorem mikroblogowania, przez nowe stworzone w Polsce (Blip, Flaker), jak i takie, które powstały jako dodatek do serwisu informacyjnego (Pinger), lub społecznościowego (Śledzik). Mikroblog oferowany użytkownikom Nasza-Klasa.pl zbiera sporo krytyki, ale ma za sobą największy w Polsce serwis społecznościowy.
Wiele serwisów społecznościowych, choć nie stworzyło odrębnej gałęzi odpowiedzialnej za mikroblogging, promuje podobne funkcjonalności w ramach głównego serwisu.

Michał Mietliński
Mimic.blip.pl
www.PowerBlog.pl


W ramach zbierania informacji na potrzeby tego artykułu, zadałem pytanie w ramach Tagu. Oto odpowiedzi, które zaczęły napływać niemal od razu – już minutę po opublikowaniu.

#drogiblipie #blip Robię ankietę do artykułu, moglibyście napisać mi w jednej wiadomości, dlaczego prowadzicie mikrobloga?

shadowno > mimic: W celu poznawania i podtrzymywania znajomości oraz informowania co u mnie osobom zainteresowanym.

xoxsia > mimic: poznania blogosfery, ciekawych ludzi, wspólne zainteresowania, promowanie bloga.

angamoss > mimic: by promować swojego bloga na bloxie, zmienić przyzwyczajenia internetowe, śledzić Kominka :) pozdrawiam :)

adamklimowski > mimic: Są rzeczy, o których nie warto wspomnieć na blogu, ale o których warto pamiętać.

robmar > mimic: nie prowadzę mikrobloga; komunikuję się ze znajomymi akurat w taki sposób

mediafun > mimic: mikroblog doskonale uzupełnia moje działania na blogu oraz w serwisach społecznościowych

essi001 > mimic: Żeby promować portal ;)

zbirkos > mimic: na mikroblogu reklamuję wpisy na swoim blogu
 

04-01-2010 00:00:00 ·

foto 123RFMusi je posiadać każdy obywatel Polski i większości państw świata. Zastanawianie się nad tym, co znaczy i jak wpływa na nosiciela jest chyba czymś zwyczajnym. Jednak okazuje się, że imię istotnie może mieć wpływ na nasze życie. I nie ma to nic wspólnego z kabałą, ezoteryką i układem planet.

W przeszłości wierzono, że imię może chronić przed złymi mocami (srb. Vuk – wilk, łac. Petrus - skała), wyrażać pewne życzenie lub oczekiwanie  rodziców wobec dziecka (jap. Sadako – niewinne dziecko, pol. Mirosław – ten, który sławi pokój, celt. Vercingetorix – wielki król wojowników), co miało wpływać na jego życie. Ale dziś, żeby zrozumieć znaczenie swojego imienia, trzeba się posiłkować specjalistycznymi słownikami.

O czym mówi imię
Zapewne ciekawym jest fakt, że okazuje się, iż rodzice dla swoich dzieci wybierają nietypowe imię wtedy, kiedy nie mogą zapewnić im dobrych warunków do rozwoju. Dlaczego? Bo wierzą w dobroczynną moc imienia, które może odmienić los na lepsze. Być może chodzi o finanse, bo badania (F.N. Willis, 1982) pokazują, że nietypowe imiona częściej występują wśród rodzin o niskich dochodach.

Psychologowie (Hartman, Nicolay, Hurley, 1968) sformułowali hipotezę, że rzadkie, ekscentryczne imiona są przejawem występujących u rodziców patologii, np. w postaci trudności w przystosowaniu się do życia w małżeństwie, danym społeczeństwie, alkoholizmu i innych.

Natomiast z badań J. Okrutnej (1992) wynika, że wybór imienia może mieć związek z poziomem wykształcenia rodziców – typowe imiona dla dzieci częściej wybierają ludzie po studiach niż ci, którzy wcześnie skończyli swą edukację.

Ania jest atrakcyjniejsza od Kornelii?

W USA przeprowadzono badania atrakcyjności kobiet (Garwood i in., 1980), które według ocen ekspertów miały podobne notowania swojej urody. Kiedy zdjęcia przedstawiano osobom mającym ocenić, która z nich jest ładniejsza, okazało się, że gdy nie można obejrzeć kogoś na żywo, o tym, kto się bardziej podoba, decyduje imię. Efekt był taki, że na podstawie zdjęć wyżej notowano kobiety podpisane imionami typowymi.

Łobuz Olivier?

Inne amerykańskie przykłady, pochodzące z lat 40-tych, pokazują, że studenci, którzy musieli przerwać studia z powodu słabych wyników, mają nietypowe imiona. (Savage, Wells, 1948). W Polsce, z badań przeprowadzonych w latach 90-tych (E. Miśków, 1992) wynika, że młodzież nosząca imiona unikalne charakteryzuje się wyższym, niż ta nosząca popularne, poziomem lęku oraz nasileniem tendencji antyspołecznych.

Ale dlaczego?
Ciekawe, ile osób pamięta z dzieciństwa sztukę tworzenia przezwisk na podstawie imion? Kuba – Kupa, Denis – Tenis, Helena – Helga. I na takie rzeczy znajduje się wyjaśnienie naukowe. Opierając się na pracy Rozwój dziecka E. Hurlock (1985), da się przedstawić kategorie imion, które ze względu na ich odbiór, mogą mieć szkodliwe następstwa psychologiczne.

Anna to przykład pięknego imienia, które przez powszechne występowanie może pozbawiać poczucia indywidualności (jest to najczęściej nadawane imię świata). Natomiast imiona zbyt rzadkie, zwracające na siebie uwagę, mogą wywoływać u osób je noszących skrępowanie i inne niedogodności. Zbyt krótkie z kolei nie przyciągają uwagi, w efekcie czego osoby je noszące mogą być niezauważane. Imiona długie, zestawione z długim nazwiskiem, bywają kłopotliwe w użyciu, np. przy przedstawianiu się, dyktowaniu danych osobowych, składaniu podpisów.

Imiona bywają źródłem nieporozumień. Są np. takie, które mogą być również nazwiskami i prowokują do zapytania o właściwe imię, np. Śnieżka, August, Symforian. Problemy miewają też ludzie, których imię wywołuje nieprzyjemne lub komiczne skojarzenia, np. Adolf (Hitler), Balbinka (gąska), Jacek (Placek), Ludwik (płyn do mycia naczyń). Z kolei jeśli imię w danym momencie wydaje się być staroświeckie, jego nosiciel również takim się wydaje, np. Adelajda, Marcelina, Eulalia. Zdarza się, że w połączeniu z nazwiskami imiona tworzą kłopotliwe inicjały, np. Walery Ciosek – WC. Bywa, że imię nie pasuje do nazwiska, co również staje się powodem do kpin, np. Gerard Byczek, Rachel Barszcz. Na pewno nieprzyjemnie robi się osobie, której przekręca się imię, bo trudno je wymówić, np. Orestes, Hermenegilda, czy łatwo od niego utworzyć ośmieszające, kłopotliwe zdrobnienie, np. Lolek (Karol), Zyzio (Zygmunt), Klotka (Klotylda).

Dyrektor poważnej firmy może nie zechcieć sekretarki o imieniu Lola ani menadżera, który nazywa się Alfons Wojewódzki, bo budzi to negatywne skojarzenia. Ale nie każda Zosia jest samosią i nie każdy Jaś wszystkiego się nauczy, a Jan będzie umiał. Warto o tym pamiętać, kiedy poznaje się nowych ludzi.

Jakub Kupracz
jakubusk@gmail.com

Tekst w oparciu o pracę Oblicza imion autorstwa Krystyny Doroszewicz i Ewy Stanisławiak, Warszawa 1999.

04-01-2010 00:00:00 ·

Pierwszą godzinę w tym brzydkim, proszącym się o remont, budynku Marcin spędził nie mogąc się ruszyć. Kaftan skutecznie krępuje ruchy.

foto 123RFJestem na odwiedzinach. Za oknem pozbawionym klamki ciepły, letni dzień. Po podłodze przetacza się dziewczyna zawinięta w koc. W tej chwili jest wężem. Na co dzień nazywa się Agnieszka, ma 16 lat i w tym roku zaczyna liceum. Agnieszka nie przestaje mówić. Jej rozmówcy najczęściej nie istnieją. Klnie paskudnie. Noce często spędza w kaftanie. Przychodzi codziennie do pokoju Marcina i czyta książki. Gdy spotykam ją następnym razem, odczytuje nam wiersze Baudelaire’a. W drugim końcu pokoju odwiedzin siedzi Tomek. Staram się nie patrzeć w jego stronę. Tomek jest przekonany, że wszyscy go śledzą, chcą porwać i skrzywdzić. Boi się wszechobecnych chipów. Gdy przebywa na oddziale trzeba wynieść z niego telewizor – on też obserwuje Tomka. Patrzę więc na Marcina. Ma 21 lat, studiuje i pracuje. Do szpitala trafił z własnej woli. Diagnoza: zaburzenia lękowe i depresyjne mieszane. Stres nie pozwalał mu jeść i spać. Nie mógł uciec przed własnymi myślami. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że albo trafi do szpitala, albo musi umrzeć.  

Dzień
Na oddziale młodzieżowym szpitala psychiatrycznego przebywają głównie studenci i licealiści. Dni są tu jak odbite przez kalkę. Pobudka o 7:20. Potem śniadanie i pierwsza porcja leków. O 8:45 zaczyna się tzw. społeczność – spotkanie, w którym uczestniczą wszyscy pacjenci, pielęgniarki, wychowawcy, psycholog i lekarz. Gdy pacjent pierwszy raz bierze udział w tym spotkaniu musi powiedzieć o sobie kilka słów, a jego imię zostaje zapisane na specjalnej tablicy, gdzie odnotowywane są plusy. Odpowiednia liczba plusów pozwala np. na uzyskanie przepustki. Na społeczności wyznacza się zajęcia dzienne dla pacjentów, którzy są je w stanie wykonywać, a także przydziela się zadania tygodniowe, które wypełnia wspólnie kilku pensjonariuszy, polegające choćby na sprzątaniu pokoju odwiedzin. Dyskutowane są również ważne sprawy, takie jak przypadki złamania regulaminu. Każdy z pacjentów ma prawo wypowiedzieć się na rozważany temat. Potem dzień zaczyna się ciągnąć niemiłosiernie. Mimo odbywających się w tygodniu zajęć obowiązkowych takich jak muzykoterapia czy psychorysunek, Marcin czuje, że gnije z nudów. Czasem spędza całe godziny snując się po korytarzu, otępiały przez leki. Nieustannie bije się z myślami. O godzinie 16. zaczyna się pora odwiedzin. Marcin nie zawsze ma na nie ochotę. Niekiedy odnosi wrażenie, że rodzina patrzy na niego, jakby był małym dzieckiem chorym na zapalenie płuc. Jeszcze nie wiedzą jak się zachować.

Wielki brzuch
Początkowo Marcin przebywa w sali obserwacyjnej z białym szpitalnym łóżkiem. Później zostaje przeniesiony na tzw. tapczany, przeznaczone dla osób w lepszym stanie. Nowy pokój przywodzi mu na myśl tani hotel. Współlokatorem Marcina zostaje Krzysiu. Chłopak ma 16 lat. Na obserwację przywieźli go tu rodzice, gdy po całonocnej libacji alkoholowej oświadczył, że chce się zabić. Ponieważ jest niepełnoletni, nie może wyjść ze szpitala na własne żądanie. Ciężko się z nim rozmawia, bo jak na szpitalne warunki wydaje się zupełnie normalny. A rozmowy na oddziale krążą zawsze wokół tych samych tematów. Mówi się tylko o problemach, tylko o nich słucha. Wstyd zostaje przed drzwiami szpitala. Marcin najczęściej rozmawia z Kamilą. Kamila zaczyna studia. Jest ładna. Ma 160 cm wzrostu, 34 kg wagi i kilka prób samobójczych na koncie. Do szpitala trafiła trzy miesiące wcześniej ważąc ledwie 30 kg. Pobyt w szpitalu to dla niej wielkie żarcie. Łzy cisną się jej do oczu, gdy widzi swój wielki brzuch. Boi się zarazić od kogoś nadwagą i choć wie, że ta myśl jest irracjonalna, nie może się jej pozbyć. Kiedy nie je, czuje się potężna, czuje, że nad sobą panuje. Jest szczęśliwa, gdy jej organizm wytrzymuje głodówkę. 

Krzyk
Kolacja zaczyna się o godzinie 17. O godzinie 20. Marcin dostaje wieczorną porcję pigułek. Godzina 22. – gasną światła. Pacjenci kładą się do łóżek. Marcin ma wrażenie, że większość chorych zaczyna na wieczór wariować, jakby objawy choroby nasilały się wraz z nadchodzącą nocą. Według niego personel dzieli się na ten niewypalony pracą, który próbuje rozmawiać i uspokajać pacjentów oraz na ten wypalony, który szybciej chwyta za telefon i wzywa odzianych na czerwono pielęgniarzy, zwanych na oddziale po prostu Czerwonymi. Ich przyjście oznacza następną osobę w kaftanie. Bywają noce, że wrzaski budzą Marcina co godzinę. Zastanawia się nad tym, skąd w człowieku bierze się siła, by krzyczeć bez przerwy przez kilka godzin.

***
– Pomogli mi, ale nie tak, jak tego oczekiwałem. W szpitalu nie zrobili wszystkiego za mnie, lecz pokazali, że to ja sam, z odrobiną ich pomocy, muszę wykonać większość pracy – odpowiada Marcin, gdy pytam go, czy znalazł tam to, czego szukał. Z oddziału wyszedł po siedemnastu dniach. Mówi, że lepiej mu się żyje. Raz w miesiącu ma wizytę u psychiatry. Wrócił do pracy i dalej studiuje. Do szpitala przychodzi dwa razy w tygodniu. Odwiedza Kamilę.
Imiona wszystkich bohaterów zostały zmienione.

Dominik Pietrzak

04-01-2010 00:00:00 ·

W Czarną Wołgę, która porywa dzieci, nikt już nie wierzy. Ale historie krążące po korytarzach uczelni potrafią być równie przerażające. Albo śmieszne – zależy, jak do nich podejść.

Uczelniane mity – obecne w życiu chyba każdej szkoły wyższej – mają w sobie coś z baśni i legend. Przez wiele lat budzą strach lub zdumienie kolejnych roczników studentów, przekazywane im przez starszych kolegów a nierzadko przez profesorów. Ich różnorodność, podobnie jak rozmaitość postaw słuchaczy, mogłaby stać się tematem niejednej magisterki z socjologii czy psychologii.

Upiór z katedry
Możemy je podzielić na kilka grup. Jedną z nich są mrożące krew w żyłach opowieści o uprzykrzających studentom życie wykładowcach. Bohaterem takiej historii może być asystentka, która widząc na zajęciach samych chłopaków, oznajmia: nikt dzisiaj nie przyszedł. Albo wredny laborant, który odreagowuje na studentach swoje niepowodzenia w życiu osobistym. Czy zawsze warto wierzyć takim opowiadaniom?
– Nasłuchaliśmy się o prowadzącej ćwiczenia z fizyki – mówi Ola, studentka I roku na Wydziale Biotechnologii Politechniki Łódzkiej. – Miała być dumna i nieprzystępna, tymczasem na pierwszych zajęciach pokazała zupełnie inną twarz. Cierpliwie tłumaczy, powtarza, gdy trzeba – ona naprawdę prowadzi ćwiczenia dla nas, nie dla siebie.
Pracownicy naukowi też są ludźmi i czasami zmieniają się na lepsze. Na gorsze, niestety, też.

Baśń o szklanej górze
Pół biedy z samym charakterem osób prowadzących zajęcia. Znacznie ważniejszym tematem jest to, czego, oczywiście oprócz wiedzy, wymagają profesorowie na egzaminach. Tu dopiero można dostać gęsiej skórki! Jeden (jak wieść niesie) nie toleruje u zdających czarnych garniturów, drugi podobno potrafi oblać na pisemnym za przekroczenie marginesu, jeszcze inny odnosi się życzliwie wyłącznie do blondynek w minispódniczkach… Z prawdziwością takich pogłosek bywa różnie. Można się domyślać, że przynajmniej część z nich powstała jako usprawiedliwienie porażek. Bo gdyby uwierzyć w nie wszystkie naraz, ukończenie studiów okazałoby się zadaniem ponad siły zwykłego śmiertelnika. Przed każdym egzaminem student musiałby bowiem zmieniać nie tylko krawat, ale i poglądy polityczne, kolor oczu oraz karnację. W skrajnych przypadkach nawet płeć.

Taaaka ocena!
O ile pracownicy naukowi nie są jedynymi, którzy obrastają legendami. Nadstawiając ucha, można usłyszeć równie wiele opowieści o oryginałach wśród studentów. Jedni zasłużyli sobie na rozgłos egzaminacyjnymi wpadkami. Za przykład niech posłuży studentka historii, która wiele lat temu nie umiała pokazać na mapie Nilu. Albo jej kolega, którego odpowiedź do tego stopnia znużyła profesora, że ten… usnął. Inni – na odwrót, zapisali się w dziejach uczelni nieprawdopodobnymi osiągnięciami naukowymi. Opowiadania w rodzaju: przeczytał tysiąc stron podręcznika w pół dnia, zdał na pięć z minusem i poprosił o poprawkę nie należą do rzadkości. Jedni, słysząc takie legendy, postanawiają pewnego dnia dorównać herosowi. Inni tylko mu współczują.

Chłopie, a na ostatniej imprezie…
Osobny rozdział to historie z życia akademików. Budynek, w którym na niewielkiej powierzchni żyje, imprezuje, plotkuje, a niekiedy nawet uczy się kilkudziesięciu (lub więcej)  studentów, nie może nie doczekać się własnych mitów. To, o czym się tu mówi, to materiał na książkę, a nie artykuł – śmieje się Arek, lokator domu studenckiego z dwuletnim stażem. Duża część owych legend to dość schematyczne opowieści o podbojach miłosnych czy rekordach spożycia napojów wyskokowych. Do bardziej oryginalnych zalicza się ta o imprezowiczu, który późnym wieczorem postanowił rozruszać towarzystwo śpiewanie arii operowych.

Niektóre mity – jak choćby ten o zjeżdżającym po schodach narciarzu – doczekały się ogólnopolskiej sławy. Szeroko znana jest też historia misji na Marsa: taki właśnie napis miał widnieć na kartonie, do którego uczestnicy balangi zapakowali swojego kolegę, po czym wyrzucili go przez okno. Jednocześnie – dziwna rzecz – uczelni, których studenci przypisują sobie ten wątpliwy zaszczyt, jest co najmniej kilka. Za to wśród starszych mieszkańców osiedla studenckiego na łódzkim Lumumbowie legendą był pechowiec, dla którego w latach 70. zabrakło miejsca w pokoju. Przez kilka dni nocował więc w… rozbitym na trawniku namiocie.

Uniwersyteckie legendy – bardziej lub mniej prawdziwe – są częścią studenckiego życia. Tworzą atmosferę uczelni, nadają specyficzny klimat jej murom. Warto się im przysłuchiwać: będą jak znalazł, kiedy po latach przyjdzie nam ochota spisać wspomnienia z czasów studiowania. Albo opowiedzieć coś własnemu dziecku, które wybierze studia na tym samym kierunku. Ale dopóki to my musimy zdawać kolejne egzaminy i uzyskiwać zaliczenia, lepiej liczyć na własne siły niż na szczęśliwy kolor krawata.

Roman Czubiński

 

04-01-2010 00:00:00 ·
«    1 2 3 4 5 ... 19 20    »
  • Save this on Delicious

Reklama

News

packersmovers .in

Avoid pipe dream gauges. Generally, these are organizations that may offer a lower site before the move and after that discharge your pockets with concealed a great many. Be extremely careful about

Zamienić kurnik na apartamentowce…

Ponury i przygnębiający barak pamiętający zamierzchłe czasy PRL, dawna i dzisiejsza siedziba władz jednej z największych gdańskich spółdzielni mieszkaniowych, nie jest najlepszą wizytówką LWSM Morena.

„Promyk Nadziei” zbuduje plac zabaw

Zakończył się konkurs skierowany do organizacji pozarządowych na wybudowanie plac w zabaw dla dzieci na terenie Gdańska. Nowe atrakcje dla najmłodszych powstaną do końca 2010 r. Wśr d dwunastu oferent

Niechciane zaliczki

Zarząd LWSM Morena wprowadził zaliczkową opłatę 10 złotych na poczet rozliczenia tak zwanej wody r żnicowej. Kwota ta podlegać będzie rozliczeniu po zakończeniu okresu rozliczeniowego zużycia wody.

Castel wycina w pień

Przy ul. Magellana na Morenie wycięto w pień dorodne drzewa, a zaraz potem na teren wjechały spychacze zaalarmowali nas mieszkańcy osiedla Morena. Jeśli wycięte zostały jakiekolwiek drzewa, to z c

Zarządowi nie podwyższono wynagrodzenia

17 sierpnia obradowała Rada Nadzorcza LWSM Morena . Obecni byli zainteresowani członkowie sp łdzielni. Zmieniono zasady typowania dom w do rocznego planu dociepleń. Obecnie o pierwszeństwie będzie de

Myjnia oprotestowana

Czy na parkingu przy ul. Kolumba wydzierżawionym od sp łdzielni prywatny przedsiębiorca, Władysław Krugły, będzie m gł zbudować myjnię dla samochod w? Mieszkańcy sąsiadujący z tym parkingiem, sondow

Przed pierwszym dzwonkiem…

Do nowego roku szkolnego pozostało już niewiele czasu, toteż każda godzina w szkole przy Gojawiczyńskiej wykorzystywana jest maksymalnie, aby jak najlepiej przygotować plac wkę do zajęć.Brygada remont

Czy bandytyzm zawładnie Moreną?

Podpalenie piwnicy przy Marusarz wny 6, uszkodzenie windy dwa tygodnie p źniej w tym samym bloku, kradzież element w rusztowania przy Amundsena, przecięcie przewod w paliwowych w samochodzie zaparkowa

Bez tabletek uspokajających

Pracownicy chełmskiej sp łdzielni twierdzą, że wraz z dokonanymi zmianami we władzach przestały śnić się im po nocach koszmary i do pracy, jak dawniej, chodzą chętnie, bez stresu.Maria Supłatowicz pot

Wczytywanie...