pl

News

  • Save this on Delicious
«    1 2 ... 280 281 282 283 284    »

Rodzina jednogłośnie (tzn. Pokrętkowa tylko głosowała „za”, ale ona ma głos decydujący) postanowiła kupić nowe łóżko do sypialni.

Pokrętkowie dokonali wstępnego rozpoznania rynku i zasiedli do narady. W grę wchodziły dwa łóżka, ale każde z małżonków chciało inne. Pan domu sporządził listę kilkunastu argumentów za jego wyborem (na pierwszych miejscach listy znajdowały się pięciokrotnie niższa cena w odróżnieniu od łóżka, które wybrała jego żona, oraz to, że zmieszczą się na nim oboje, a przy tym nie będzie trzeba wyrzucać innych mebli z sypialni). Rzeczywista głowa rodziny swój wybór argumentowała tylko tym, że czuje, iż powinni kupić to łóżko właśnie. No i kupili. Raty spłacać będą jeszcze prawnuki, a Pokrętek śpi w kuchni na materacu.

Pozornie sprawa na tym się zakończyła. Jednak Pokrętek był bardzo niezadowolony z wyboru żony. Koledzy z pracy podburzali go cały czas, że powinien zaoponować. Pokrętek pamiętał jednak doskonale jak zakończył się jego bunt, gdy jeszcze na początku ich małżeństwa, nie chciał zrobić obiadu. Liczne blizny na głowie nadal przypominają mu to przykre doświadczenie. Ostatecznie Pokrętek wybrał taktykę zimnej wojny. Sumiennie wypełnia wszystkie swoje obowiązki domowe, a bunt demonstruje w czasie wolnym. Stoi wtedy całymi godzinami, zupełnie nieruchomo, w oknie i gapi się bezmyślnie w niebo. To jego specyficzne zachowanie dziwi wszystkich, ale Pokrętek odmawia jakichkolwiek wyjaśnień. Atmosfera w domu zagęszcza się z dnia na dzień...

Cała ta sytuacja wywołała niemały stres u Pokrętka. W pracy, podczas przerwy śniadaniowej, dostał zawału. Jednak już pod koniec zmiany czuł się znacznie lepiej i pracował prawie tak samo wydajnie jak inni koledzy. A bo to dla niego pierwszyzna ?

Pokrętkowa nigdy jeszcze nie miała zawału, ani żadnych innych chorób psychosomatycznych (pierwszy miałaby szansę dostać z wysiłku, gdyby ktoś kazał jej powtórzyć to słowo). Wszelkie stresy rozładowuje pląsając po mieszkaniu w falbaniastej spódniczce, zrobionej ze starej firanki. Ten taniec to podobno partie z „Jeziora łabędziego”, jednak pozostałym członkom rodziny kojarzy się to dużo bardziej z treningiem zapaśnika sumo.

Napięcia w domu rodzinnym w ogóle nie zauważyła Pokrętkówna, gdyż jest zakochana do szaleństwa w Leonardo Di Caprio. Mdleje z nadmiaru emocji gdy tylko usłyszy jego imię, co też jej koledzy z klasy skrzętnie wykorzystują i gdy tylko jakiś nauczyciel próbuje zrobić sprawdzian, to pokazują Pokrętkównej, za jego plecami, zdjęcie jej idola. Dziewczyna mdleje, nauczyciel panikuje, a uczniowie po raz kolejny odnieśli sukces nad niesprawiedliwym ustrojem społecznym, który każe im chodzić do szkoły.

Pierworodna Pokrętków jest święcie przekonana, że gdyby jej wybrany ujrzał ją, to od razu by ją pokochał. Dlatego już od dłuższego czasu zbiera pieniądze na bilet do Ameryki, od pół roku odkłada każde kieszonkowe, ma już 6 złotych, a niedługo będzie kolejna dyskoteka szkolna i znowu będzie mogła pozbierać trochę butelek po piwie.

Małego Pokrętka koledzy z klasy zaczęli przezywać „synem Szymona Słupnika” albo „Sztywnego Joe”, od czasu jak pierwszy raz zobaczyli jego ojca w oknie. Chłopak próbował tłumaczyć, że nie jest to jego ojciec, tylko mama zaczęła parać się krawiectwem i w oknie stoi manekin. Jednak koledzy nie w ciemię bici i nie dali się nabrać. Nie łyknęli też bajeczki o tym, że jego ojciec pracuje w Archiwum X i wypatruje przybycia obcych. Przez to wszystko mały Pokrętek ma zaplanowany czas po lekcjach na pięć następnych miesięcy. Codziennie ma jedną albo dwie walki o honor. Przez te wszystkie ciosy w głowę, które oberwał, nauka idzie mu co raz gorzej, a i nawet już nie pamięta dlaczego się bije. Idzie mu jednak całkiem dobrze. Z walki na walkę na boisku szkolnym gromadzą się co raz większe tłumy.

Nauczyciele początkowo nie wiedzieli jak mają zareagować. Szybko jednak zaczęli sprzedawać bilety wstępu i zbierać zakłady.

Od jakiegoś czasu walkom małego Pokrętka przygląda się jakiś facet. Mówi, że chciałby trenować razem z nim. Tylko jak on się nazywa? Nagota, czy tak jakoś.

Pies Pokrętków od czasu awantury z łóżkiem zachowuje się bardzo dziwnie. Przy lada głośniejszym dźwięku z żałosnym skowytem chowa się pod szafą. Jednak prawdziwy horror zaczyna się gdy ktoś przy nim wypowie słowo "łóżko". Azora nagle ogarnia całkowity paraliż; leży tak, z łapami wyciągniętymi sztywno w górę, ślina cieknie mu z pyska, a z gardła wydobywa się rzężenie. Taki stan może trwać nawet dwie godziny. Jedynym, co może przywrócić mu świadomość wcześniej, jest porcja jego ulubionego Whiskasa.

Trzeciego dnia zagęszczenia atmosfery wydarzyła się najdziwniejsza rzecz. Karaluchy z całego mieszkania zeszły się do łazienki. Trzy godziny trwało ich zbiorowe samobójstwo (po kolei wskakiwały do klozetu).

Tydzień po zakupie łóżka atmosfera nadal była napięta. Czy w rodzinie Pokrętków zapanują jeszcze kiedyś zwyczajne klimaty? Kiedy znowu spędzą kilka godzin razem, przed telewizorem? Czy jeszcze kiedyś Pokrętkowie przeżyją romantyczny wieczór, jak wtedy, gdy Pokrętkowa pomogła mężowi umyć klatkę schodową? Czy jest coś, co może uratować sytuację?

Cóż, autorka ma czas, do następnego numeru gazetki, na znalezienie odpowiedzi na te pytania.

Autorka

25-01-1999 10:55:00 ·

Chciałabym być szczęśliwą osobą tzn. chciałabym robić to, co naprawdę lubię, czego tak naprawdę chcę, czyli “ tworzyć coś z niczego, wznosić coś nowego”. Zawsze byłam samodzielna, bardzo lubiłam poznawać nowe rzeczy. Dlatego chciałabym, aby praca przynosiła mi satysfakcję, dawała możliwość zrealizowania się i żeby nie była to kwestia materialna. Z drugiej strony, chcę, żeby moje życie się ułożyło, aby nie było w nim ostrych zakrętów. Rzecz nie w tym, że potrzebuję spokojnego życia, po prostu nie lubię zbyt wielu burz i wichrów. Wolałabym, aby rodzina była takim miejscem, gdzie mogę przyjść, gdzie jest mi zawsze dobrze i gdzie czuję się rozumiana.

Asia, budownictwo lądowe

Najbardziej chciałabym, kiedy moje życie już się skończy, żebym mogła powiedzieć, że niczego nie żałuję.

Ania, III historia

Nigdy nie chciałbym zaznać biedy. Tylko tyle i ogólnie szczęścia.

Andrzej, III fizyka biomedyczna

Ja podobnie, też chciałbym szczęścia zaznać i wszystkiego, co możliwe.

Mateusz, III fizyka biomedyczna

Chciałybyśmy spełnienia w życiu prywatnym i zawodowym.

Agnieszka i Asia, IV filologia germańska

Chciałabym od życia nareszcie spokoju. Chciałabym ukończyć moje studia. Ponieważ żyję bardzo intensywnie, chciałabym, aby to życie nabrało troszeczkę spokoju, ułożyło się. I żebym mogła uczyć, bo bardzo to lubię. Chciałabym uczyć w średniej szkole, właśnie już to robię, ale żebym mogła spokojnie uczyć, muszę zakończyć studia. A tak bym chciała jeszcze może miłości i dobrej znajomości języka, aby być fachowcem w tej dziedzinie.

Alicja, IV filologia germańska

Szczęścia i zdrowia.

Przemek, nie studiuje, ale chce, na filologii rosyjskiej

Myślę, że dla mnie najważniejsze jest życie osobiste, życie rodzinne po prostu, żebym była szczęśliwa. Jeśli będę kiedyś w jakimś związku małżeńskim , to chodzi mi właśnie o takie szczęście rodzinne. Kończę te studia, ale nawet nie musiałabym pracować zawodowo, nie jest to moim celem i nie będę się czuła niezrealizowana i niespełniona, jeżeli będę tylko przy garnkach, w domu, przy dzieciach. Nie będzie to dla mnie karą...Studia są moją ambicją i będę szczęśliwa, jeżeli je skończę. To są bardziej moje marzenia ,ale jakaś wielka kariera zawodowa nie jest mi potrzebna do szczęścia, raczej szczęście rodzinne. Choć kiedyś chciałam być kobietą podziwianą.

Agnieszka, chemia

26-11-1998 12:08:00 ·

Czy dusza porusza się we właściwym tego słowa znaczeniu i ma udział w ruchu?...

Ponieważ istnieją cztery rodzaje ruchu, mianowicie przenoszenie z miejsca na miejsce, zmiana jakościowa, ubytek i wzrost, dlatego dusza mogłaby się poruszać albo w jednym z tych ruchów, albo kilkoma, albo wszystkimi. Jeśli dusza nie porusza się tylko „przypadkowo”, posiadać musi ruch dzięki swej naturze; ale w takim razie musi zajmować także miejsce, wszystkie bowiem wymienione ruchy odbywają się w miejscu. Ponadto jeśli do istoty duszy należy wprawiać siebie samą w ruch, nie będzie się ona poruszać tylko „przypadkowo”, jak przypadkowo porusza się tylko to, w czym one się znajdują, tj. ciało; dla tej też racji nie zajmują miejsca; lecz dusza będzie je zajmować, jeśli jest prawdą, że bierze ona udział w ruchu dzięki swej naturze...

Ponieważ nie ulega wątpliwości, że dusza porusza ciało, dlatego można rozumnie założyć, że wykonuje ono te same ruchy, co dusza. Jeśli jednak tak się rzecz ma, to i na odwrót będzie można śmiało powiedzieć, że jakim ruchem porusza się ciało, takim także i ona sama; otóż ciało porusza się ruchem przestrzennym; zatem i dusza będzie zmieniać miejsce odpowiednio do ciała...

Mówimy, że dusza boleje i cieszy się, czuje odwagę i boi się, ponadto unosi się gniewem, odbiera wrażenia zmysłowe, wyciąga wnioski. Wszystko to jednak polega, jak się zdaje na ruchu. I można by stąd wnosić, że dusza się porusza. Ten wniosek jednak nie ma nic z konieczności.... Stanowczo lepiej nie mówić, że dusza odczuwa litość, uczy się, wyciąga wnioski, lecz, że człowiek to czyni dzięki swej duszy...

Arystoteles

26-11-1998 12:07:00 ·

Ciche jezioro ujęte w ramy czarno-zielonego lasu. Chmury wiszące nad głową są ciężkie i zasłaniają słońce, a mimo to nie powodują nastroju przygnębienia. Surowość tego widoku, zaprawiona wilgocią, ale i delikatnością powietrza, sprawia, że wracasz do korzeni. Głęboko oddychając zapominasz o cywilizacji. Dotykasz ciszy... Pojawiają się myśli, na które nigdy nie miałeś czasu: po co istnieję? czy jest jakiś sens? Wreszcie możesz porozmawiać sam ze sobą, odpowiedzieć na pytania, które od tak dawna tkwią w twojej głowie. Tak to dobry czas aby...

Dzwonek! Budzik znów zadzwonił za późno, a dzisiaj koło ze staty. Z wściekłością zrzucasz koc. Gdy pędzisz do łazienki przez mózgownicę przelatuje ci zbłąkana myśl: „jakiż piękny był ten sen, szkoda, że to tylko sen”. Jednak bardzo szybko zostaje przytłumiona myślą o umyciu zębów i zabraniu kalkulatora.

Dziesięć minut później uprawiasz swój ulubiony sport – bieg do tramwaju, który właśnie zbliża się do przystanku. Udało się! Stoisz jedną nogą na ostatnim schodku zgrzytającego pojazdu. Nad tobą „zwisa” jakiś facet i dmuch ci prosto w twarz – wczoraj na kolację jadł cebulę.

Wpadasz do sali, ludzie już piszą, a ich miny nie są pocieszające. Wykładowca patrzy na ciebie tym specyficznym wzrokiem; on nienawidzi spóźnialskich i ma doskonałą pamięć, a to fatalne połączenie. Potem koncentrujesz się już tylko na zadaniach i liczbach, które biegają ci przed oczyma. Nareszcie koniec. Ale dzisiejszy dzień nie będzie łatwy do przetrwania, ćwiczenia i wykłady, na których sprawdzają obecność (!). Na dodatek spotkanie z Tomkiem w bibliotece, bo razem prowadzicie na zajęciach dyskusję, która ma być poprzedzona referatem. Trzeba więc jeszcze coś doczytać. Właściwie nic jeszcze dzisiaj nie jadłeś, ale to twój szczęśliwy dzień, pędząc do autobusu kupujesz sobie bułkę i połykasz ją, stojąc obok pani z ogromnymi siatami. Ostatni przystanek, trochę powietrza, jeszcze tylko kupisz chleb i „coś” żeby było na kolację. Powłócząc nogami wracasz do akademika. Właściwie każdy twój dzień jest taki sam: budzik, tłok w środkach komunikacji miejskiej, gadające głowy na uczelni, akademik, znajomi, koła.

I po co to wszystko? Dokąd tak pędzisz? Czy warto biec, aby zdobyć coś, czego nie widać, czego niema ? A może jest kto, kto mógłby pomóc ci w tym wyścigu, kto pokazałby ci cel? Może Bóg, ale czy On istnieje? Tak, chyba. Odsuwasz od siebie te niepokojące myśli. Przed tobą całe życie, jeszcze kiedyś znajdziesz czas żeby o tym pomyśleć i wszystko uporządkować.

Teraz jeszcze tylko przejście przez ulicę i będziesz w pokoju w akademiku. Patrzysz w prawo – pusto. Jednak tym razem nie spojrzałeś pod nogi i potykasz się o kamień. Nagle widzisz asfalt, dociera do ciebie warkot samochodu, a potem następuje uderzenie...

Samochód jechał za szybko i był zbyt blisko, nie zdążył wyhamować. Ty nie miałeś czasu aby pomyśleć i uporządkować swoje życie, i znaleźć w nim miejsc dla Boga. Bo przecież Bóg jest, teraz masz już tego pewność.

Magda (A. nie kryj się)

26-11-1998 12:06:00 ·

Można by powiedzieć, że moje życie było udane, tylko ja nie umiałam się nim cieszyć. Studiowałam, miałam całkiem fajnego chłopaka, przyjaciół, w domu nie było problemów. No i racja – nie umiałam się cieszyć życiem, ale naprawdę próbowałam.

Najpierw pomyślałam, że będę się cieszyć każdym drobiazgiem; tym, że jest ciepło, tym, że nic mnie nie boli, tym, że zajęcia się skończyły... No i cieszyłam się, ale skoro cieszyłam się drobiazgami, to zaczęły mnie też martwić drobiazgi: chłopak plątał się w zeznaniach, koło poszło nie najlepiej, w akademiku znowu nie ma ciepłej wody... Przecież nie można martwić się drobiazgami, życie na to jest za krótkie.

Postanowiłam martwić się tylko poważnymi problemami, ale coś mi podpowiadało, że jeśli tak, to i cieszyć się powinnam tylko z wielkich rzeczy. Ale co jest wielką sprawą w moim życiu? Czy to, że zaliczyłam kolejny rok studiów? Bzdura! Nikt o czymś takim książki nie napisze. Oto przekleństwo posiadania rozumu – czasem trzeba z niego skorzystać. Mój rozum był wystarczająco duży, żeby dać mi zagadkę, ale zbyt mały, żeby ją rozwiązać.

Jednak znalazłam rozwiązanie tam, gdzie nie spodziewałam się go znaleźć i gdzie bałam się go szukać. W Bogu.

Złamałam swój opór, którego źródła były tak stare i marne, że nawet ich nie pamiętałam i zaczęłam przyswajać fakty o Bogu, które słyszałam z różnych źródeł.

Niby zawsze wiedziałam, że Bóg stworzył człowieka (mnie) i go kocha (czasem tylko mój rozum nie chciał tego przyjąć, jako zbyt mało udowodnionego empirycznie), ale co to wnosiło do mojego życia? Nic. Jakoś w praktyce żyłam swoim życiem i nie zastanawiałam się nad miejscem Boga w nim (no, może tylko czasem).

No ale zaczęłam myśleć i kilka rzeczy dotarło do mnie z ogromną siłą. Bóg naprawdę stworzył człowieka (to nie jest tylko poetycki opis ewolucji) i zrobił to dlatego, że kocha człowieka i chce nawiązać z nim relację. Ale człowiek jest grzeszny (jakoś nikt nie musiał specjalnie przekonywać mnie, że to również o mnie chodzi), a Bóg jest święty i doskonały (tak doskonały pod każdym względem, że nasze słownictwo nie jest tego w stanie oddać) i te dwie przeciwstawne sobie rzeczy nie mogą trwać obok siebie a dobre uczynki nie mają wystarczającej mocy, by zakryć całą grzeszność człowieka.

Kiedy tak szczególnie mocno dotarło do mnie jaki jest Bóg, to zapragnęłam iść z Nim przez życie. Cały czas a nie tylko raz w tygodniu, przez kilkadziesiąt minut. Zrozumiałam, co mogę zrobić, żeby zniszczyć barierę między mną a Nim. Jezus Chrystus umarł na krzyżu za wszystko to, co oddziela mnie od Boga i nie mogę w żaden sposób zasłużyć na to, co już się stało. Mogę jedynie z pokorą przyjąć ten niesamowity dar.

Tak też zrobiłam (to już trzy lata temu!). Powiedziałam Bogu (w modlitwie) o wszystkich moich przemyśleniach, prosiłam, żeby przebaczył wszystkie moje grzechy i na zawsze był w moim życiu.

I jestem przekonana, że od tej pory, nieprzerwanie, Jezus jest ze mną. Dzięki Niemu zyskałam inną perspektywę postrzegania świata i mojego życia. Już umiem cieszyć się życiem a nawet jestem wdzięczna za trudne chwile. Moje życie zyskało sens. Gdy się już wie dlaczego się urodziło, jak ma wyglądać życie i co będzie po nim – zaczyna się prawdziwe życie. Słowo!

Anita

26-11-1998 12:04:00 ·

Kącik dynamicznej reporterki

O co chodzi w życiu?.

Z tym pytaniem na ustach i z mikrofonem w ręku przemykałam po korytarzach „uniwerku” i „polibudy”. Jak się okazało, tylko nielicznym o coś chodzi w życiu. Wiele osób odpowiadało, że to „zbyt trudne pytanie” lub, że nie wiedzą.

Zatem, zdaniem studentów, w życiu chodzi...

...o pieniądze, tylko i wyłącznie o pieniądze.

Jednak chyba nie tylko o pieniądze, bo mój rozmówca dodał po chwili:

Być szczęśliwym i nie robić krzywdy innym ludziom (zwłaszcza wykładowcy).

(student II roku budownictwa lądowego )

...o to żeby przeżyć je zgodnie z własnym sumieniem. Źeby ciągle się rozwijać, nie stać w miejscu. I żeby, w miarę możliwości, pomagać innym i dostrzegać potrzeby innych. Wydaje mi się, że to jest najważniejsze.

(student IV roku architektury )

...o to żeby je przeżyć.

(student III roku elektrotechniki )

...trudno powiedzieć.

(studentka IV roku architektury )

Po czym ostatnia para rozmówców, czule spojrzawszy na siebie, dodała:

...o miłość.

...o zabawę, naukę. O to, żeby znaleźć swój sens i drogę i nią podążać. I o ochronę środowiska (ha, ha, ha).

(studentki I roku inżynierii środowiska)

...o to, żeby być szczęśliwym. Przez życie przejść tak, żeby nie krzywdzić innych. I żeby potem nie żałować ani jednego dnia.

(studentka II roku politologii )

Sensem życia jest kilka sensów. Na pewno chodzi o to, żeby to życie przeżyć tak, żeby potem nie żałować. Przede wszystkim, jeśli ktoś jest człowiekiem wierzącym, chrześcijaninem, to żeby być zbawionym. Dla niektórych to cel życia. Chodzi o to, żeby godnie przeżyć życie i żeby nie żałować.

(absolwent historii )

...o to, żeby 10 lat po mojej śmierci, ktoś zapalił świeczkę na moim grobie.

(student III roku historii )

Ostatniej odpowiedzi przysłuchiwała się inna studentka i dodała:

To zależy kto, dlaczego żyje. Ale z tą świeczką to ja bym się niezupełnie zgodziła. Myślę, że sens życia, to raczej to, żeby coś dobrego w tym życiu zrobić, i coś dobrego pozostawić, ale niekoniecznie ktoś o tym musi pamiętać.

(studentka II roku historii )

Gdzieś na korytarzach uniwersytetu zaplątał się student oceanografii z politechniki :

Ogólnie chodzi o to, żeby dobrze się bawić. Źeby dużo pić, bo to jest fajne. Źeby mieć dużo pieniędzy, fajne samochody. Ogólnie, żeby nieźle się bawić. I żeby nie być za bardzo wierzącym, bo to niezdrowe.

Chyba niezupełnie z poprzednią wypowiedzią zgadza się student II roku historii:

Zapewne chodzi o to, żeby je godnie przeżyć. Kwestia jest taka: „Co to znaczy godnie?”. Dla niektórych podstawą życia jest dobry samochód itd., itd. Dla innego kwestia jest: „Mieć czy być?”. W życiu chodzi o to, żeby czegoś dokonać. Zostawić jakiś ślad swojej egzystencji, jakieś prace naukowe (jeżeli ktoś ma do tego talent, jeżeli nie, to w jakichś innych rzeczach, działalnością), aby zapewnić po sobie pamięć.

...o to, żeby umieć żyć. Źe każdy jak gdyby musi odnaleźć swoją drogę, to jaką chce żyć, swoją metodę na życie. Źeby umieć dobrze widzieć pewne rzeczy. Mieć dobrą ocenę tego, co się wokół mnie dzieje. Nie być zbyt egocentrycznym. Źeby nie brać pewnych rzeczy za bardzo do siebie, umieć podejść z dystansem, z uśmiechem, z radością. Docenić to, co się ma, oczywiście nie rezygnując ze swoich ambicji, planów. I widzieć wokół siebie wszystko.

(studentka III roku filologii polskiej )

Dla mnie ważna jest miłość, relacje z ludźmi, dziecko (bo właśnie spodziewam się dziecka).

(absolwentka pedagogiki )

26-11-1998 12:03:00 ·

Od wczesnych lat dzieciństwa, dzięki naszym bliskim nabywamy umiejętności, które są warunkami utrzymania zdrowia psychicznego. Są one następujące:

 

- porządkowanie i budowanie trwałej hierarchii wartości,
- nawiązywanie kontaktu i tworzenie trwałych związków emocjonalnych z innymi ludźmi,
- odnajdywanie celu, a więc także i sensu własnego życia.

Ta ostatnia umiejętność psychiczna jest chyba najtrudniejsza do opanowania...

Każdy byt powołany do istnienia przez Stwórcę został doskonale uporządkowany, uzdolniony do współpracy i do wypełniania ściśle wyznaczonej funkcji. W tym więc znaczeniu byt spełnia się, gdy wypełni przypisaną mu funkcję. Pośród całej przyrody ożywionej człowiek jest istotą szczególną. Jako jedyny nie został bowiem przez Boga zaprogramowany do końca, gdyż spodobało się Bogu obdarzyć go wolnością. Wynikło stąd sporo poważnych kłopotów i nie raz Stworzyciel zapewne pożałował swego pomysłu, ale my nie powinniśmy mieć o to pretensji. Zostaliśmy bowiem zaproszeni jako wolny byt do współpracy z samym Bogiem, by mógł On dokończyć dzieła i ukształtować nasze pełniejsze człowieczeństwo.

Stawanie się człowiekiem wymaga poznawania samego Stwórcy, jego zamiarów, współdziałania z Nim, twórczego wysiłku w dochodzeniu do spodziewanych efektów. Ten trud jest jednak zawsze nagradzany radością, jakiej doświadczamy, gdy pełni pokory i wdzięczności dostrzegamy, co Bóg wspaniałego czyni z naszym życiem. Bóg ma dla nas plan na szczęśliwe, twórcze życie i pragnie, byśmy w sposób wolny i odpowiedzialny przystąpili do jego realizacji. Do tego właśnie potrzebna jest wolność, by człowiek sam przyszedł do Boga I zapytał: „ Co mam czynić, Panie, abyś dokończył dzieła stworzenia?”

Gdy my coraz bardziej wyrzekamy się własnych pomysłów na urządzenie sobie życia, Bóg w niezwykle czuły i delikatny sposób odsłania przed nami kolejne elementy swojego planu, który dla nas przewidział. W gruncie rzeczy proces stwarzania przybiera postać, pełnego miłości i wzajemnego oddania, dialogu Boga i człowieka. Im bardziej w tym dialogu rezygnujemy z siebie, tym bardziej stajemy się sobą. Im bardziej rezygnujemy z własnego życia, tym pełniejsze i obfitsze otrzymujemy w zamian.

„Każdy kto żyje tylko dla siebie zmarnuje swe życie, lecz kto poświęci je dla mnie, odzyska je” (Mat 16:25)

Odzyskujemy życie obfite, pełne ładu, harmonii i piękna. Subiektywne odczucie tego nazywamy właśnie poczuciem sensu.

Człowiek, który nie ma poczucia sensu i nie szuka go, to nie tylko człowiek głęboko nieszczęśliwy. To człowiek w pewnym sensie duchowo ślepy, nie umiejący patrzeć na życie z Bożej perspektywy. Bywa, że ktoś taki, chcąc jakby zrekompensować sobie ten dotkliwy brak, szuka zaspokojenia w różnych uzależnieniach, w zdobywaniu władzy, pieniędzy, w panowaniu nad innymi, w usiłowaniu przewodzenia ludziom.

Dusza ludzka jest tak skonstruowana, że doznaje poczucia głębokiego sensu swego życia, tylko w wypełnianiu woli Bożej.

Odnajdywanie sensu ukrytego pod powierzchnią zjawisk to wspaniała przygoda. To przygoda i zadanie godne człowieka. Tak tworzy się i pomnaża ludzka kultura, szczególnie sztuka. Artysta uczy nas dostrzegać różne zjawiska, które rozświetlają nasze aktualne problemy. W ten sposób sztuka pomaga w życiu. Ta prawdziwa zbliża do prawdy. Poznanie prawdy nadaje głębszy sens naszemu życiu. Bóg mówi o sobie „Ja jestem drogą i prawda, i życiem” (J 14:6)

Stworzyciel wszczepił w duszę ludzką trzy najważniejsze potrzeby:

  1. Potrzebę porządku;
  2. Potrzebę kontaktu;
  3. Potrzebę sensu.

Niezaspokojenie którejkolwiek z nich prowadzi do poważnych chorób duszy. Jednak szczególnie groźne jest niezaspokojenie tej ostatniej. Poczucie bezsensu jest bowiem koszmarem nie do zniesienia. Prędzej czy później doprowadza do dramatycznych prób odebrania sobie życia. Lub zmarnowanego życia.

Bóg nie pozostawia człowieka bez pomocy. W Jego Słowie każdy może znaleźć potrzebną odpowiedź...

(wg czasopisma „Inspiracje”)

jeśli chcesz porozmawiać z kimś o przyjaźni z Bogiem, napisz:
trojmiasto@podprad.pl

26-11-1998 00:00:00 ·

„Mówi się, że tylko dwie rzeczy w życiu są pewne: śmierć i podatki, ale to nie jest prawdą. Dzięki właściwym potrąceniom i dobrym księgowym milionerzy potrafią uniknąć płacenia podatków. Jednak każdy, czy to milioner czy biedak, stanie przed ostateczną pewnością, którą jest śmierć.”

„Statystyki dotyczące śmierci są dość wstrząsające. Każdy jeden człowiek na jednego umiera.” G.B. Shaw

Codziennie słyszymy, czytamy lub widzimy relacje o śmierci. Umierają ludzie wokół nas (np.: w bliższej, czy

dalszej rodzinie). I czy tego chcemy, czy nie, nas też to czeka.

Spróbujmy spojrzeć na śmierć, jak na egzamin. Najważniejszy, końcowy egzamin, do którego przygotowujemy się całe życie, a którego zaliczeniem jest nieśmiertelność.

Niestety nie znamy jego terminu. Trudno myśleć o jakimś przygotowaniu, gdy egzamin wydaje się tak odległy. Więc niektórzy nie myślą i zajmują się czymś praktycznym, np.: robieniem pieniędzy. Lub udają przed sobą i innymi, że nie myślą. Są różne sposoby, żeby nie myśleć o tym, o czym nie chcemy. Z pewnością je znacie (któż ich nie stosuje?).

Inni wpadają w panikę na myśl o ostatnim egzaminie. Źyją w stałym, paraliżującym strachu przed śmiercią. Czego się boją? Egzaminatora, oczywiście, czyli Boga. Na wszelkie sposoby próbują zdobyć przychylność i uniknąć Jego gniewu. Od czasu do czasu patrzą z trwogą na zegarek, coraz wyraźniej widząc, że nie zdążą się przygotować.

Są też tacy, którzy zaprzeczają istnieniu ostatniego egzaminu, czyli śmierci. Epikur powiedział: „Śmierć, której boimy się jak najgorszego zła, jest w rzeczywistości niczym. Bo tak długo, póki my jesteśmy, nie ma śmierci, a kiedy ona przychodzi, nas już nie ma.” Ale jeśli jednak „coś” z nas zostanie do momentu odczytania wyników?

Jeszcze inni próbują zapewnić sobie choćby nieśmiertelność w myślach ludzi. Nieważne, co stanie się z nimi samymi. Najważniejsze, żeby ktoś o nich pamiętał: podziwiający ich życiowy dorobek (obraz, wiersz, czy inny pomnik), wnuczek oglądający album ze zdjęciami, czy choćby sąsiadka, która zapali świeczkę na grobie. Ale czy taka namiastka nas zaspokoi?

Poznałam Kogoś, kto wie dużo o egzaminie. Sam go zdawał. Jednocześnie to On ustala reguły. Mam na myśli oczywiście Jezusa Chrystusa. Boga, który stał się człowiekiem, by umrzeć. Swoją śmiercią zapewnił nam możliwość nieśmiertelności, życia wiecznego. Po prostu zdał za nas. I tylko od nas zależy, czy skorzystamy z Jego daru, czy też będziemy szukać innego sposobu zaliczenia.

Jeśli chcesz przybyć na egzamin przygotowany, zastanów się nad stwierdzeniem Jezusa: „Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?” (Ew. Jana 11,25-26)

Gosia

jeśli chcesz porozmawiać z kimś o przyjaźni z Bogiem, napisz:
trojmiasto@podprad.pl

26-11-1998 00:00:00 ·

Wierzysz czy nie wierzysz w istnienie Boga, to na temat wiary jakiś tam pogląd masz. Jeśli kojarzy Ci się ona z emocjami, przeżyciami, doznaniami, lewitacją, nawiedzeniem, worem pokutnym lub innym głębszym stanem świadomości, to jesteś w błędzie. Wiara nie jest uczuciem! Jest wyborem i zaufaniem. Ma swój obiekt. Bez obiektu wiary nie ma wiary, są wzloty i upadki uczuć.

Chrześcijanin żyje wiarą (ufnością) w niezmienność Boga i Jego Słowa (Biblia).

Poniższy rysunek pociągu ilustruje stosunek między faktem (tzn. Bogiem i Jego Słowem), wiarą (naszą ufnością do Boga i Jego Słowa), a uczuciami (tzn. różnymi reakcjami emocjonalnymi).

Parowóz może jechać bez wagonu. Jednakże bezcelowe byłoby usiłowanie ciągnięcia pociągu przez wagon. W podobny sposób, jako chrześcijanie, nie polegamy na uczuciach czydoznaniach, lecz pokładamy naszą ufność w wierności Boga iobietnicach Jego Słowa – Pisma Świętego.

Myślę, więc wierzę! Wierzę, bo myślę! A od czasu, gdy wierzę... czuję, że żyję!

jeśli chcesz porozmawiać z kimś o przyjaźni z Bogiem, napisz:
trojmiasto@podprad.pl

26-11-1998 00:00:00 ·

W domu Pokrętków od kilku dni panuje ciężka atmosfera. Wszystko zaczęło się od niewinnej zabawy w chowanego...

Córka Pokrętków razem z dziećmi z jej klasy bawiła się na dużej przerwie. Ktoś zaproponował zabawę w chowanego i Pokrętkówna schowała się do szafy w gabinecie biologicznym. Schowała się tak dobrze, że przez całą przerwę nikt jej nie znalazł. Dopiero pani od biologii, na drugi dzień, odkryła ją w szafie, podczas gdy szukała szkieletu ptaka. Nauczycielka bardzo się przestraszyła, ale jest nadzieja, że już wkrótce opuści szpital psychiatryczny i wróci do szkoły. Przez ten czas, ze względu na brak funduszy dla innego nauczyciela, zajęcia z biologii prowadzi woźny. Na wszystkich lekcjach wykłada on praktyczne podejście do krążenia liści drzew w przyrodzie (droga od gałęzi drzewa, poprzez chodnik i boisko szkolne, aż do sterty za szkołą).

W czasie swojego pobytu w szafie między spreparowanym tasiemcem uzbrojonym, a wypchaną rybą – piłą, pociecha rodziny Pokrętków usłyszała niechcąco o czym mówiono na kółku biologicznym. I to był początek tragedii. Światopogląd dziewczyny legł w gruzach, życie straciło barwy i już zupełnie nie wiedziała czy dalsza egzystencja ma sens.

Otóż na owym kółku nauczycielka wykładała teorię Darwina. I biedne, niewinne dziecko, któremu przez całe życie wpajano, że z krainy aniołków w niebie, została przez bociana przyniesiona na świat szczęśliwym rodzicom, dowiedziała się, że pochodzi od małpy. Nie mogła pogodzić się z tym faktem...

Po powrocie do domu szukała pocieszenia u rodziców. Ojciec próbował zaszczepić w niej swój światopogląd , że najważniejsze w życiu, to najeść się, wyspać się, wypić i zapalić, a co będzie potem, to pomyśli się też potem. Matka zapoznała ją ze skomplikowanym przelicznikiem ilości przeprowadzonych przez ulicę staruszek na ilość lat odjętych od czyśćca. Źadne tłumaczenia jednak nie odnosiły skutku. Pokrętkówna straciła ochotę do życia, nawet kolejny odcinek „Marii z przedmieścia” nie był w stanie wyrwać jej z apatii.

Zwołano naradę rodzinną. Ustalono, że najbardziej wykształcona osoba w rodzinie – wujek Karol, który prawie skończył dwie klasy technikum rolniczego, uspokoi biedne dziecko. Wuj próbował jej tłumaczyć, że zgodnie z nazwą, jest to tylko teoria (Darwina) i trzeba ją jeszcze udowodnić, a na razie nikomu się to nie udało, ale dla siostrzenicy, wszystko, co zostało spisane w książce i do tego przez profesora, jest prawdą absolutną.

Na szczęście była jeszcze babcia Hela. I znowu mądrość wynikająca z wieku i doświadczenia zwyciężyła nad wiedzą opartą na wykształceniu. Staruszka uratowała zdruzgotana psychikę latorośli. Powiedziała dziecku, że nauczycielka biologii nie mówiła o ludziach w ogóle, ale o niej samej – małej Pokrętkównie. To szokujące stwierdzenie przez moment wydawało się wszystkim gwoździem do trumny, ale dalsze tłumaczenie wszystkich uspokoiło. Otóż, tłumaczyła dalej sędziwa osoba, nauczycielka zna dobrze Pokrętkównę i mówiąc o pochodzeniu od małpy, ją miała na myśli, bo jej nie lubi.

Źycie rodziny Pokrętków wróciło do normy. Został tylko pewien niesmak i wszyscy po raz kolejny upewnili się, że z chodzenia do szkoły nic dobrego nie może wyniknąć.

Nasza Nieoceniona

25-11-1998 10:56:00 ·

Zastanawiałeś się pewnie nie raz, czym jest MIŁOŚĆ. Szukasz może miłości swojego życia. Myślałeś, że nawiązujesz z kimś przyjaźń a odkryłeś, że partner poszukiwał tylko nocnej przygody. Jesteś żoną i tęsknisz za kolacja przy świecach, a wszystko, co możesz wydobyć ze swego męża, to kilka pomruków wypowiedzianych sprzed telewizora, gdy ogląda mecz. Być może po raz kolejny przeżywasz zerwanie znajomości i gdy oglądasz się wstecz, pytasz: „Czy to była miłość?”. A może trwasz w udanym związku, ale martwią Cię rozmiary braku stałości partnerów względem siebie nawzajem, mnogość rozwodów, itd. Może wątpisz w miłość i na innym fundamencie decydujesz się budować Wasza relacje. Na jakim?

Jeżeli stawiasz sobie takie pytanie, wiedz, że nie jesteś sam. Poszukiwanie prawdziwej miłości jest tematem większości przebojów muzyki rozrywkowej i stanowi tło niemalże wszystkich filmów. Jest głównym tematem tysięcy powieści pochłanianych przez miliony ludzi. Megadolary napędzają kampanie reklamowe oparte jedynie na naszym pragnieniu intymności. Filmy o miłości zarówno odzwierciedlają, jak i rozpalają nasze marzenia.

Nasze intensywne wysiłki znalezienia prawdziwej miłości są, w dużej mierze, nieskuteczne. Prawdziwa miłość pozostaje w najlepszym przypadku nieuchwytna. Pewien felietonista pisze: „Dokonaliśmy pełnego obrotu, spróbowaliśmy odrzucić rodzinę, odrzucić wartości moralne, odrzucić wszystkie rzeczy, które są dobre i które nazywamy banałami. Spróbowaliśmy wszystkiego – rozwiązłości seksualnej, wielożeństwa. Stwierdziliśmy jednak, że wszystkie te rzeczy pozostawiły nam poczucie samotności i pustki. A więc teraz znowu zaczynamy spoglądać na te staromodne wartości i uznawać, że być może jest w nich jakaś prawda.”

KOCHAĆ - TO CZASOWNIK

W wielu współczesnych książkach psychologicznych, pojawia się lista cech, która stanowi najwspanialszy opis miłości jaki kiedykolwiek stworzono. Pierwotnie jednak pojawia się w Biblii.

W 1 Liście do Koryntian 13:4-8 znajdujemy ten zestaw cech, wyraźnie pokazujący, że MIŁOŚĆ JEST CZYNNA. Oto on (w tłumaczeniu K.S. Wuest'a’:

„Miłość cicho i cierpliwie znosi złe traktowanie ze strony innych. Miłość jest życzliwa, łagodna, delikatna, przenikająca całą naturę, łagodząca wszystko, co byłoby szorstkie i ostre, nie jest zazdrosna.”

„Miłość nie przechwala się, nie popisuje, nie jest ostentacyjna, nie nadyma się, nie postępuje niestosownie, nie szuka swego, nie denerwuje się, nie daje się sprowokować, rozjątrzyć, pobudzić do gniewu, nie zachowuje w pamięci zła (które cierpi), nie cieszy się z nieprawości, lecz cieszy się wspólnie z prawdy, znosi wszystko, wierzy wszystkiemu, na wszystko ma nadzieję, we wszystkim wytrwa, nie tracąc serca ani odwagi. Miłość nigdy nie zawodzi”.

Jeżeli Twoja postawa w jakikolwiek sposób nie dorównuje biblijnej miłości, spróbuj przeczytać 1 List do Koryntian 13:4-8 stawiając „Bóg” zamiast słowa „miłość.”(Bóg jest cierpliwy, Bóg jest łaskawy...”)

Teraz wstaw zamiast słowa „miłość” swoje imię (Jacek jest cierpliwy, Jacek jest łaskawy...”) Czy to Ci pomaga odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jesteś gotowy obdarzać innych miłością?

Kochać – to czasownik. Wzywam Cię do podjęcia wysiłku wprowadzenia w życie i w Twoje więzi z innymi cech miłości przedstawionych powyżej. Czy jest to realne?

TRZY RODZAJE MIŁOŚCI

PIERWSZY rodzaj miłości jest często jedynym rodzajem, jaki wielu ludzi kiedykolwiek poznało. Nazwijmy go „MIŁOŚĆ JEŹELI”. Ty i ja dajemy lub otrzymujemy tę miłość, kiedy spełnione są pewne wymagania. Nasza motywacja jest zasadniczo egoistyczna, a naszym celem jest uzyskanie czegoś w zamian za naszą miłość. Jeżeli spełnisz moje oczekiwania... Jeżeli zaspokoisz moje pragnienia... Jeżeli pójdziesz ze mną do łóżka, będę Cię kochał”.

DRUGI rodzaj miłości (chyba większość ludzi pobiera się na podstawie miłości tego rodzaju), to „MIŁOŚĆ PONIEWAŹ”. Ktoś jest kochany z powodu tego, kim jest, co ma, lub co robi. Ta miłość jest oparta o jakąś cechę lub stan w życiu drugiej osoby. Miłość „ponieważ” często mówi: „Kocham Cię, bo jesteś ładna, kocham Cię, ponieważ dajesz mi poczucie bezpieczeństwa, ponieważ jesteś taki błyskotliwy” itd.

Być może myślisz, że miłość „ponieważ” nie jest taka zła. Wszyscy lubimy być kochani z powodu jakiejś cechy w naszym życiu. Jeżeli ktoś nas kocha z powodu tego, jacy jesteśmy, początkowo odpręża nas to, ponieważ wiemy, że jest w nas coś, co można kochać. Ale ten typ miłości jest niewiele lepszy niż miłość „jeżeli” i jest prawdziwie chwiejnym gruntem dla małżeństwa. Zawsze znajdzie się ktoś inny, kto będzie ładniejszy, inteligentniejszy, ciekawszy niż Ty. Nie da się ukryć.

TRZECI rodzaj miłości, to „MIŁOŚĆ KROPKA”. Jest to miłość bez warunków, czyli miłość bezwarunkowa. Miłość ta mówi: „Kocham Cię pomimo tego, jaki (jaka) możesz okazać się, że jesteś. Kocham Cię niezależnie od tego, co zmieni się w Tobie. Kocham Cię. KROKA!”

Niech Cię to nie wprowadzi w błąd. Ta miłość nie jest ślepa. Może ona w pełni znać wady i słabości drugiej osoby. A jednak całkowicie akceptuje ja bez żądania czegokolwiek w zamian. Nie możesz zasłużyć na miłość tego rodzaju i nie możesz jej zgasić. Różni się ona od miłości „ponieważ” tym, że nie jest oparta na jakiejś atrakcyjnej cesze osoby kochanej.

Miłość „kropka” może być doświadczana jedynie przez zintegrowaną i spełnioną osobę – kogoś, kto nie musi korzystać z więzi osobowych z innymi, aby zapełnić pustkę we własnym życiu.

POSZUKAJ MIŁOŚCI!

Bóg jest MIŁOŚCIĄ (1 List Jana 4:8). Jeśli nie potrafisz kochać tak, jak pragnąłbyś być kochanym – poszukaj Boga. Doświadczysz bezwarunkowej miłości, która uzdolni Cię do obdarowywania innych: cierpliwością, dobrocią, łagodnością... (1Kor. 13:4-8). Słowo!

Chrystus powiedział: „ Tak Bóg UMIŁOWAŁ świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne”. Oraz: „ Oto stoję u drzwi i kołaczę; jeśli ktoś usłyszy mój głos i drzwi otworzy, wstąpię do niego”.

Kiedy zaprosiłam Chrystusa, aby wszedł w moje życie, w krótkim czasie wypełnił mnie wewnątrz tak, że stałam się wolna do dawania bez żądania czegokolwiek w zamian. Po skorzystaniu z Jego przebaczenia, doświadczeniu w Nim pokoju niezależnego od okoliczności, po wyciszeniu, dzięki najlepszemu podręcznikowi psychologii, jakim jest Biblia ,najtrudniejszych pytań życiowych – odkryłam w sobie gotowość do dawania.

Żródłem miłości jest sama Miłość – Bóg. Znalazłam Go, znalazłam Miłość, uzdalnia mnie do DAWANIA. Spróbowałam i wiem, że bezwarunkową miłość, to nie tylko ludzka potrzeba, ale dobro, które możemy rozdawać i otrzymywać. Jest w Twoim zasięgu!

Uczę się kochać siebie, mojego męża, małą córeczkę, Anitę, Bartka, Ewę, a także Rycha, który ostatnio mnie wkurzył... Miłość pisze się dawać.

Karolina

jeśli chcesz porozmawiać z kimś o przyjaźni z Bogiem, napisz:
trojmiasto@podprad.pl

26-04-1998 00:00:00 ·

Jak co roku moje imieniny wypadają 6 marca. Tym razem chcieliśmy spędzić je tylko we dwoje – ja i kobieta mojego życia – Ilona. Ten dzień miał być szczególny, po romantycznej kolacji chciałem się jej oświadczyć. Pierścionek zaręczynowy kupiłem już miesiąc temu, ale czekałem aż do taj chwili. Już tydzień wcześniej zacząłem przygotowywać się do tego radosnego dnia: sprzątałem mieszkanie, gromadziłem produkty do wykwintnej kolacji i kupowałem gustowne drobiazgi do ozdobienia stołu. Umówiliśmy się na 18.00, a ja już o 16.00 byłem gotowy i przez dwie godziny nerwowo poprawiałem nakrycia, serwetki i świeczniki. Kilkanaście razy przećwiczyłem przed lustrem oświadczyny, ciągle jeszcze nie byłem zadowolony z całokształtu, ale wierzyłem, że w tej niepowtarzalnej chwili miłość sama podyktuje mi, co mam mówić.

Od 17.30 każdy szmer na klatce schodowej podrywał mnie do wizjera. O 18.00 nerwowo obgryzałem paznokcie, o 18.30 histerycznie biegałem od jednego okna do drugiego. O 19.00 zacząłem nabierać wątpliwości, a o 20.00 musiałem przyznać się przed samym sobą: „Ona nie przyjdzie!”.

Obłąkańczym wzrokiem patrzyłem na kunsztownie zastawiony stół. To już koniec. Mogłem się tego domyślać, ostatnio Ilona ciągle nie miała dla mnie czasu, zasłaniała się pracą, ale kto pracuje do 20.00?!

Przez chwilę chciałem do niej zadzwonić i powiedzieć jej, że złamała mi życie, wyrzucić z siebie cały ten żal, ale nie chciałem dać jej tej satysfakcji. Powinna zostać ukarana za to, co mi zrobiła, a nie jeszcze móc śmiać się ze mnie. Chciałem widzieć ją skruszoną i płaczącą u moich stóp, a wtedy ja byłbym nieugięty. Albo widzieć ją złamaną, samotną w ostatniej ławce w kościele, podczas gdy ja brałbym ślub z inną. Zrozumiałaby, że mnie kocha ponad życie, gdy byłoby już za późno, np. dowiedziałaby się, że umieram na raka. Biegłaby co sił, żeby powiedzieć mi, że mnie kocha, a ja umarłbym w momencie, gdy ona wchodziłaby do mojego pokoju.

Te wyobrażenia dawały mi masochistyczną ulgę. Moja wyobraźnia nasuwała mi coraz bardziej krwawe wypadki z moim udziałem, a im bardziej tragicznym wypadkom ulegałem, tym bardziej ona cierpiała. Dzwonek do drzwi zabrzęczał właśnie wtedy, gdy jej nowy chłopak przejechał mnie, bo patrzył na nią zamiast na drogę i właśnie konałem na jej kolanach, a ona szlochała, że chce umrzeć razem ze mną, bo życie beze mnie nie ma sensu. Wyciągnęła więc fiolkę arszeniku i już zamierzała ją zażyć. Uporczywy dzwonek do drzwi nie pozwalał mi skupić się na wymyśleniu przyczyny, dla której Ilona miała przy sobie truciznę. Niechętnie podszedłem do drzwi, zły, że ktoś przerwał mi moją „zemstę”.

W drzwiach stała ona – Ilona! Ostatnie, co pamiętam, to jej głos: „Przepraszam kochanie, ale znowu musiałam zostać dłużej w pracy. Źyczę Ci spełnienia wszystkich marzeń.”

Jordan

25-04-1998 14:34:00 ·

Powiedzmy, że chłopakowi o imieniu Kamil spodobała się dziewczyna o imieniu Kasia. Zaprosił ją do restauracji, ona przyjęła zaproszenie. Dobrze się ze sobą bawili. Kilka dni później tak samo dobrze bawili się w kinie i w kawiarni. Po jakimś czasie zaczęli regularnie się spotykać.

Pewnego wieczoru, wracają do domu. Nagle Kasia mówi:

„Zdajesz sobie sprawę, że spotykamy się już dokładnie od sześciu miesięcy?”

W samochodzie nastaje cisza. Dla Kasi jest to bardzo głośna cisza.

Myśli sobie: „O kurcze, chyba się tym przejął. Może czuje się zniewolony naszym związkiem... Może myśli, że ja chcę go do czegoś zmusić...”

A Kamil myśli: „Kurcze, sześć miesięcy.”

A Kasia myśli: „No ale ja też nie wiem, czy chcę takiej poważnej relacji z Kamilem. Często chciałabym mieć trochę czasu, żeby pomyśleć dokąd zmierzamy. Tzn. dokąd my właściwie zmierzamy – małżeństwo, dzieci, całe życie razem? Czy jestem na to gotowa? Czy ja go w ogóle znam?

A Kamil myśli: „To znaczy...pomyślmy...październik, wtedy zaczęliśmy, to było zaraz po tym, jak odebrałem samochód z przeglądu. Niech sprawdzę licznik...o, muszę zmienić olej.

A Kasia myśli: „Jest zdenerwowany, widzę jego twarz. Może jednak nie miałam racji, może on chce się bardziej zaangażować. Może wyczuł we mnie pewną rezerwę. Tak, tak na pewno było. To dlatego tak niechętnie mówi o swoich uczuciach. Boi się odrzucenia”.

A Kamil myśli: „No i przy okazji niech znowu sprawdzą moją skrzynię biegów. Nieważne co te cwaniaki mówią. Wciąż ciężko chodzi. Niech tylko spróbują zwalać na pogodę. Jaka pogoda?! Jest 15 C, a skrzynia biegów działa jak w traktorze! A ja zapłaciłem 300zł. Tym złodziejom!

A Kasia myśli: „Jest zły. Nie winię go, też bym była zła. Czuję się winna, że doprowadziłam go do takiego stanu, ale nie zmienię swoich uczuć.

A Kamil myśli: „Pewnie powiedzą, że gwarancja jest tylko na trzy miesiące. Oszuści!

A Kasia myśli: „Może jestem zbyt romantyczna, czekając na rycerza na białym koniu. Może siedzę obok odpowiedniej osoby. Osoby, z którą lubię być, na której mi zależy i której zależy na mnie. A on teraz cierpi z powodu moich egoistycznych, dziecinnych marzeń!

A Kamil myśli: „Gwarancja? Chcą gwarancji. Ja im dam gwarancję! Wezmę gwarancję i...i...

„Kamil!”

„Co?”

„Proszę nie zamęczaj się tak. Może ja nie powinnam... Czuję się tak...” (szlochając)

„Co?”

„Jestem taka głupia. Wiem, że nie ma żadnego rycerza. Wiem, że nie ma żadnego białego konia!”

„Źadnego konia?”

„Myślisz, że jestem głupia?!”

„Nie!!! Bo ja właśnie, bo ja... potrzebuję trochę czasu!”

Następuje piętnastosekundowa przerwa, podczas której Kamil myśli tak szybko jak tylko może, próbuje znaleźć bezpieczną odpowiedź. W końcu ją znajduje.

I mówi: „Tak.”

Kasia głęboko poruszona dotyka jego ręki.

„Och Kamil, czy Ty też tak myślisz?”

„O czym?”

„O czasie.”

„No... tak.”

Kasia spogląda mu głęboko w oczy, co sprawia, że Kamil jest jeszcze bardziej zdenerwowany. Nie wie, co powiedzieć dalej, zwłaszcza jeśli usłyszy jeszcze coś o białym koniu. W końcu Kasia mówi:

„Dziękuje, Kamil. Dziękuję.”

Potem Kamil odwozi ją do domu, a ona kładzie się na łóżko i z udręką w duszy płacze do świtu.

A Kamil wraca do domu, robi sobie kanapki, włącza telewizor i natychmiast głęboko angażuje się w powtórkę meczu tenisowego między dwoma Czechami, o których nigdy wcześniej nie słyszał. Cichy głosik gdzieś z tyłu umysłu mówi mu, że coś ważnego działo się wcześniej w samochodzie, ale jest święcie przekonany, że nie ma sposobu, by kiedykolwiek coś z tego zrozumiał, więc decyduje, że lepiej o tym nie myśleć.

Następnego dnia Kasia dzwoni do swojej przyjaciółki i rozmawiają o całej tej sytuacji przez dobre kilkadziesiąt minut. Analizują wszystko, co ona powiedziała i co Kamil powiedział, przechodząc przez to raz za razem, próbując odkryć, co oznaczało każde słowo i gest. Będą kontynuowały dyskusję na ten temat tygodniami, a może i miesiącami, nigdy nie dojdą do ostatecznych wniosków, ale i nigdy się tym tematem nie znudzą.

A Kamil zapyta kiedyś ich wspólnego znajomego:

„Ty, Adam, czy Kasia miała kiedyś konia?”

Rick Amos

25-04-1998 14:33:00 ·

Zaręczeni czy zadręczeni?

Na początku było fajnie. Romantyczne spacery, kawiarnie, długie listy i długie rozmowy, przyspieszone bicie serca i mnóstwo pieniędzy wydanych na karty telefoniczne. Po prostu zakochaliśmy się w sobie. Niewielkim efektem ubocznym były m.in. kłopoty ze skupieniem się podczas pracy i „całkowite” zagubienie, gdy byliśmy osobno.

Po jakimś czasie siły do sprawiania wrażenia, że jest się ideałem, znacznie opadły. Tym samym procentowy udział randek kawiarniano-spacerowo-kinowych w stosunku do całkowitej liczby naszych spotkań malał z dnia na dzień. Oprócz tego, te cechy, które na początku wydawały się najwspanialszymi zaletami, zaczęły mieć również i złe strony.

Pomimo różnych pojawiających się problemów miłość zwyciężyła. Cóż było robić? Trzeba się było zaręczyć. Zaręczyny i czas po nich były bardzo romantyczne. Chcieliśmy po prostu być razem. Jednak szybko musieliśmy powrócić do rzeczywistości i:

- powiadomić rodziców,

- doprowadzić do ich pierwszego spotkania (i na dodatek być na tym spotkaniu),

- przypomnieć sobie czy i gdzie się urodziło, ochrzciło, itd. i zdobyć poświadczające to dokumenty,

- odpowiedzieć na szereg różnych pytań (sobie, rodzicom, księdzu czy pracowniczce Urzędu Stanu Cywilnego) np.:

· jakie nazwisko będzie nosić po ślubie narzeczona?

· czy robić listę prezentów?

· gdzie przenocować wujka Franka po weselu?

· znaleźć osoby chętne do sponsorowania wesela (zazwyczaj najbardziej zainteresowani są rodzice narzeczonej)

· itp..

Całkowita ilość szczegółów, które trzeba załatwić, nie zmieściłaby się w całym tym numerze gazetki, dlatego ich wszystkich nie wymienimy. Pocieszające jest to, że niedługo skończą się przygotowania, a zacznie się (i to podróżą poślubną!) normalne życie razem.

Jeszcze narzeczeni: Gosia i Bartek

25-04-1998 14:20:00 ·

Pech już nigdy nie opuści Pokrętka. Co roku jest to samo – rocznica ślubu wypada w Walentynki. Nigdy nie mógł się z nim pogodzić, z tym przeklętym zbiegiem okoliczności.

Ta rocznica, dwudziesta, należy do tych najtragiczniejszych, bo okrągłych – tak okrągłych jak jego Lola. Gdyby to była zwykła rocznica ślubu, to pikuś. Kupiłby jej jakiś prezent, złożyłby życzenia, powiedziałby, że jest szczęśliwy, że nadal są razem i mógłby spokojnie oglądać mecz. A tak, to Pokrętkowa domaga się okazywania czułości i miłosnych wyznań. Już tydzień temu wbiła się w różową mini, którą miała na sobie, gdy się poznali. Nawet śpi w niej, bo nie może jej ściągnąć. Ciągle włącza kasetę z przebojami ich młodości (głównie piosenki Foga) i w tanecznych pląsach przelewa swe ciało po mieszkaniu, obijając się o meble. A uśmiecha się przy tym tak, jakby ją ktoś wpuścił do Szydłowskiego i powiedział: „Bierz co chcesz”. Od patrzenia na nią można się nabawić anoreksji lub innego aniona.

Z tego wszystkiego od dwóch tygodni Pokrętek musi się codziennie po pracy zalewać w trupa, bo tylko wtedy żonka nie próbuje wciągać go we wspomnienia tego, jak się poznali.

Najgorszy jest ten strach, że kiedyś po pijaku wygada się, że ożenił się z nią, bo się założył z kumplami o piwo. Gdyby się o tym dowiedziała, to nawet Rambo z Czterema Pancernymi i psem by go nie obronili.

To już prędzej chyba wybaczyłaby mu, że ją kiedyś zdradził i że ich młodszy syn nie jest jej dzieckiem. Zresztą ona chyba coś podejrzewa, nigdy go nie lubiła, zawsze biła go mocniej niż samego Pokrętka i starszą córkę.

I oto nadszedł ten apokaliptyczny dzień. Pokrętek kupił żonie gustowną, czterobiegową wiertarkę udarową. Po pracy przyjął podwójną dawkę alkoholu i z ciężkim sercem (głową i nogami też) zbliżał się do domu.

I wtedy wydarzył się cud! W najśmielszych marzeniach Pokrętek nie mógłby sobie czegoś takiego wymarzyć. Ulica szła pani z pieskiem. Nagle piesek wyrwał się i pobiegł przed siebie, tuż pod koła rozpędzonego TIR-a. Kierowca TIR-a w ostatniej chwili wykonał dosyć brawurowy manewr, wjechał na chodnik – prosto na Pokrętka. No to Walentynki i rocznica ślubu z głowy – hura!!! Ba! Z głowy żonka i cała kochana rodzinka na kilka miesięcy (nawet jeśli przyjdą do szpitala, to będzie mógł udawać, że jest w śpiączce).

Stało się! A jednak przyszli... Pokrętkowa nie zważając na specyficzną atmosferę szpitala zupełnie nie przystającą do jej nie odreagowanych walentynkowo-rocznico-ślubowych zapędów, zaczęła wyśpiewywać nad łóżkiem lubego pieśń własnej kompozycji pt.: „ Ich trzech i Lola”, na melodię: „To ostatnia niedziela”.

1. Kochanie, kochanie to

co się z nami stanie?

Chyba już mnie nie kochasz,

Bo rocznicę masz w nochu.

2. Nie kochasz mnie wcale

choć odeszli rywale.

Kilku mnie podrywało,

Nawet żenić się chciało.

3. Józek miał dresik z kreszu,

to był człowiek biznesu.

Lecz go w dal odrzuciłam,

Tylko Ciebie lubiłam.

4. Kazik sklep swój posiadał,

w Makdonaldzie jadał.

Mogło być z nim jak w niebie,

Lecz ja wybrałam Ciebie!

5. A ten z piętra czwartego,

też nie byle czego.

Ja nie patrzę na niego-

-kocham Ciebie jednego!

6. Jak mnie nie chcesz już kochać,

to nie będę szlochać.

Odejdź, zabierz berety.

Zostaw Szazy kasety!

Nie da się ukryć – Pokrętkowa proponuje rozwód! Co w tej sytuacji zrobi nasz poturbowany, ale jakże sympatyczny bohater – nie wiadomo. Póki co nadal udaje nieprzytomnego. A może zasnął?

Dalsze losy rodziny Pokrętków w następnym numerze gazetki „Płyń pod prąd!”.

25-04-1998 10:58:00 ·

Czy lubisz rodzinne tradycje, starannie pielęgnowane zwyczaje, których „nie wolno” zmienić? Kiedyś bardzo ich nie lubiłam. Kojarzyły mi się z czymś sztucznym, sztywnym, z zupełnie zbędną otoczką. Teraz, gdy już minął okres młodzieńczych buntów, patrzę na takie zwyczaje inaczej. Myślę, że pomagają stworzyć niepowtarzalną atmosferę wokół rodzinnych wydarzeń np.: świąt. Chyba także to dzięki tradycjom czujemy się w rodzinie tak swojsko i... rodzinnie.

Kiedy wspominam Boże Narodzenie z mojego dzieciństwa, mam okazję docenić szczególny charakter tego święta (właśnie dzięki rodzinnym tradycjom). Spędzaliśmy je u moich dziadków na wsi (w Obrzycku, Wielkopolska). Pamiętam jak wspólnie z siostrami stroiłyśmy choinkę, którą dziadek przynosił w Wigilię z lasu, jak sklejałyśmy łańcuchy z papieru lub słomy, robiąc zawody, która sklei dłuższy. Karpie zawsze kilka dni wcześniej pływały w wannie, a w domu unosiły się zapachy „wschodnich” potraw, bo dziadkowie pochodzili z Przemyśla. Jedliśmy np. kwasówkę – zupę z wywaru po przegotowaniu kiszonej kapusty. Albo kutię – mieszaninę maku, miodu, ziaren pszenicy i bakalii. Oczekiwaliśmy za to „wielkopolskiego” Gwiazdora, a nie Św. Mikołaja, bo ten drugi przychodził do nas tylko 6 grudnia.

Teraz choć dziadkowie już nie żyją, moja mama stara się podtrzymać niektóre z tych świątecznych, rodzinnych tradycji. I nadal doświadczamy choć trochę z uroku dawnych świąt. Mam ochotę przyjąć takie zwyczaje, bo chciałabym je kiedyś wprowadzić w mojej przyszłej rodzinie.

Pomyśl o Waszych świątecznych tradycjach. Może niektóre z nich zachować? A może wprowadzisz całkiem nowe, stworzone przez siebie zwyczaje.

Źyczę Ci pięknie tradycyjnych świąt w tym roku i w przyszłości.

Gosia

26-12-1997 15:51:00 ·

Radość, spokój, odprężenie, odpowiedni nastrój, życzliwość w relacjach między ludźmi – słowem: sielanka. Tak właśnie powinny wyglądać idealne święta i chyba wielu z nas marzy o czymś takim.

Moje święta nigdy nie były idealne w ten sposób, zawsze któregoś z tych elementów brakowało lub dodane było coś co wprowadzało dysharmonię.

Niedawno zrobiłam wycieczkę we wspomnienia. Odnalazłam migawki ze Świąt Bożego Narodzenia, które przeżyłam i które z jakichś powodów zapamiętałam...

Odkąd pamiętam święta zawsze oznaczały zjazd rodzinny w domu babci i dziadka. Wszędzie było pełno ludzi – w kuchni w czasie przygotowań prawie deptaliśmy się nawzajem. Tata kręcił sernik w glinianej misce, mama pomagała babci przyrządzić karpia, dziadek biegał po ostatnie zakupy, ja kursowałam między choinką a miską z kremem. Choinka pachniała lasem, błyszczała, było ciepło i rodzinnie.

Były też inne święta – w czasie stanu wojennego. Byłam u babci ale rodzice mieli duże trudności z otrzymaniem pozwolenia na wyjazd z Gdańska...

Głęboko wrył się w moją pamięć rok 1982. W drodze do babci mieliśmy wypadek. Samochód wpadł do rowu. Wspomnienia, które pozostały nie są wcale świąteczne – potłuczone szkło, rozbity samochód, gorzkie łzy i zimno.

Zdarzały się wigilie, podczas których nasza rodzina nie mogła być razem. Któregoś roku brakowało dziadka – był w szpitalu. Innym razem taty, który zamiast siedzieć przy stole jadł karpia z kroplówki.

Przez te wszystkie lata zmieniały się okoliczności, problemy z którymi się borykaliśmy. Zmienialiśmy się my sami. Jednak w tym kalejdoskopie wydarzeń jedno było stałe – Bóg i Jego obecność wśród nas. Fragment z Ewangelii Łukasza 2,1–19, który dziadek lub tata czytali tuż przed rozpoczęciem wieczerzy wigilijnej, pokazywał nam, że nie dla siebie samych zbieramy się przy wigilijnym stole ale dla Boga. To Jezus Chrystus gromadził nas abyśmy wspólnie mogli Go wielbić i cieszyć się Jego miłością. Modlitwa była dla nas schronieniem przed codziennością, a słowa anioła, mówiącego: „ Nie bójcie się, bo oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem wszystkiego ludu, gdyż dziś narodził się wam zbawiciel, którym jest Chrystus Pan, w mieście Dawidowym” ( Łk. 2,10-11) były ukojeniem i lekarstwem na przerastające nas okoliczności.

Obecność Boga pośród nas nadawała sens życzeniom i łamaniu się opłatkiem. Nawet przy odnajdywane pod choinką prezenty przypominały nam, że największym darem jaki otrzymaliśmy kiedykolwiek jest Jezus Chrystus.

Dopiero niedawno w pełni zrozumiałam, że Święta Bożego Narodzenia to nie dwanaście potraw, góra prezentów i nastrój w hollywoodzkim stylu. Boże Narodzenie to, jak sama nazwa wskazuje, urodziny Boga. Ten fakt to sens tych świąt, określający ich specyficzny nastrój, którego ludzkie starania nie wytworzą.

Aneta

26-12-1997 15:50:00 ·

( LUB UTRACONA WIARA )

Pamiętam moment kiedy przestałam wierzyć w Świętego Mikołaja (u nas na Kociewiu mówi się na niego Gwiazdor). Co roku w wieczór wigilijny mama otwierała w drugim pokoju okno i wyciągała poukrywane prezenty. Następnie mówiła, że właśnie przyjechał pod okno Gwiazdor i dał dla mnie prezenty, ale bardzo się spieszył, dlatego nie mógł zaczekać aż mama mnie zawoła. Obiecał jednak, że za rok porozmawia ze mną i żebym była grzeczna. Czasem nawet mama posuwała się do tego, że wołała mnie i krzyczała: „Zobacz jeszcze go widać”, a ja z wypiekami na twarzy usiłowałam dojrzeć coś w ciemności.

Pamiętnej Wigilii w prezentach, które rzekomo przywiózł Gwiazdor, rozpoznałam zabawki, które kilka dni wcześniej „przypadkiem” znalazłam pod ubraniami.

26-12-1997 15:48:00 ·

rys. Marcin GromkeAKADEMIKOWY CZAS PRZEDŚWIĄTECZNY-CZYLI CO ZROBIĆ BY POCZUĆ ŚWIĘTA...

Zostało już tylko kilka dni do wyjazdu do domu, dlatego niewiele jest czasu na to, by stworzyć chociaż na chwilę świąteczny nastrój w pokoju akademickim. A warto, warto...

Można to zrobić w sposób prosty, łatwy i przyjemny. Na przykład krótki spacer po lesie (np.: wracając ze stołówki na Traugutta) może zaowocować kilkoma znalezionymi gałązkami świerku lub sosny (zwłaszcza, gdy dzień wcześniej wiał silny wiatr). Można je ułożyć na talerzu lub wstawić do wazonu, do tego jakaś świeczka i jest już świątecznie, i pachnąco w pokoju. (rys.1.)

Jeśli stać Cię na wydatek, kup złotą farbę w spray’u i popryskaj znalezione w lesie suche szyszki-to fajnie wygląda.

Gdy naprawdę nie mamy ochoty na spacer, chwila relaksu przed kolokwium w celu wycięcia choinki z kartonu lub białego papieru może się przydać. Jest to proste: (rys.2.)

Takie spięte cztery choinki dadzą nam stojącą choinkę dowolnych rozmiarów i koloru (zależnie od inwencji).

Przy choince można postawić aniołka, zrobionego z białego lub kolorowego papieru: (rys.3.)

Tak wytworzony nastrój przypomina o nadchodzących świętach i mobilizuje do zrobienia akademickiej Wigilii w gronie swoich znajomych. Dlatego warto włożyć trochę wysiłku, zebrać się w sobie, nabrać powietrza i rzucić hasło: „Zrobimy Wigilię?!” Zawsze znajdzie się jakaś dziewczyna, która umie zrobić ciasto, chłopak, który zaoferuje pomoc przy zakupach.

Gdy byłam na pierwszym roku zrobiliśmy ze znajomymi z roku taką Wigilię. Było nas ok.15 osób. Ta impreza różniła się od innych, byłą uroczysta, świąteczna oraz smakowita. Było po prostu extra. W tym roku też rzucam hasło!

Oto propozycja 12 jarskich potraw, które można przygotować na akademikową Wigilię.

1) Musi być RYBA:

wystarczy kupić 1 kg. Śledzi (bardzo tanie na rynku), obtoczyć w mące i usmażyć na oleju. Palce lizać!

2) BARSZCZ:

Można zrobić barszczyk z paczki, jeżeli chce się mu dodać trochę świątecznego smaku, można ugotować w nim suszony grzybek oraz trzy pokrojone czerwone buraczki. Przed podaniem należy barszcz odcedzić.

3) GRZYBY:

Wystarczy pokrojone pieczarki podsmażyć z cebulą (koniecznie posolić i popieprzyć), gdy puszczą sok, dodać śmietanę lub kefir-sosik pyszny już gotowy!

4) KORECZKI zawsze na czasie:

Na wykałaczki można nabić wszystko (!)-ser, śledzia, ogórek konserwowy, paprykę. Będzie to wyglądało ładnie i smakowicie.

5) JAJKA Z MAJONEZEM:

Znany zapychacz żołądka. Można ozdobić je gałązką świerkową (by nie pomyliły się nam święta).

6) Nieśmiertelna SAŁATKA Z TUŃCZYKA:

1 puszka tuńczyka w sosie własnym,

1puszka kukurydzy,

4 jajka,

1 cebula,

1 majonez (mały),

sól, pieprz.

Mieszamy i jemy (czyż to nie jest proste?). Gdy chcemy, by było więcej, można ugotować jedną torebkę ryżu (bardzo nie zmieni smaku, a będzie pożywniejsza).

7) MAKARON (z tym, to można zawsze coś pomieszać...):

1 paczka wiórków kokosowych.

1 paczka rodzynek,

1 puszka ananasów,

1 paczka makaronu (0.5 kg.),

1 śmietana (12% w kubeczku).

Mieszamy razem składniki-pyszne!

8) KOMPOT Z SUSZONYCH OWOCÓW (podajemy owoce razem z kompotem, kto lubi może wyjadać z kubeczków tych, którzy nie lubią...):

10 dkg. suszonych jabłek,

10 dkg. suszonych moreli,

20 dkg. suszonych śliwek,

1 cytryna (wycisnąć),

o,5 szkl. cukru.

Zalać 2l wody, ugotować, dosłodzić w razie potrzeby.

9) CIASTO-najprościej z paczki.

10) MANDARYNKI.

11) ORZECHY-do tego należy złapać dziadka.

12) CIASTKA GWIAZDECZKI Z LUKREM.

MAMY 12 POTRAW I AKADEMIKOWA WIGILIA GOTOWA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

26-12-1997 15:47:00 ·

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Czy będziemy obchodzić rocznicę urodzin prawdziwej osoby? Czy naprawdę istniał ktoś taki, jak Jezus z Nazaretu, który urodził się w betlejemskiej stajni? Może to tylko mit, legenda?

Spójrzmy na dzisiejszą datę w kalendarzu, w gazecie. Choć nawet nad tym się nie zastanawiamy, to mówi ona, co zostało naukowo dowiedzione, że chodził po ziemi, prawie dwa tysiące lat temu człowiek, który wywarł największy wpływ na bieg historii, wpływ trwający nie kilka lub kilkanaście lat, lecz dwadzieścia stuleci.

Jego narodziny i życie miały jeden główny cel. Było nim rozwiązanie problemu grzechu i winy każdego człowieka. Jezus urodził się po to, aby dobrowolnie umrzeć za wszystkie nasze grzechy. Bóg stawia każdego człowieka przed wyborem: albo uznać i przyjąć fakt, że Jezus zapłacił karę za jego grzechy, albo ten fakt i dar odrzucić. Wiąże się to z przyjęciem lub nie przyjęciem przebaczenia grzechów.

Wiele osób myśli, że wystarczy uznawać podstawowe prawdy wiary, praktykować, starać się być dobrym. To nie jest złe, ale pamiętajmy, że zbawienie jest darem. Nikt nie może na nie zasłużyć: „ Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od Was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił” (List św. Pawła do Efezjan 2, 7-8). To Bóg pierwszy wyciągnął do nas rękę. „ Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (Ewangelia św. Jana 3, 16). Pismo święte domaga się od nas zdecydowanego określenia się do wiary Jezusa na krzyżu i Jego panowania w naszym życiu. „Ten, kto ma Syna, ma życie, a kto nie ma Syna Bożego, nie ma też i życia” (Pierwszy List św. Jana 5, 12).

Nigdy nie jest za późno, by podjąć decyzję zaufania Jezusowi. On może zmienić Twoje życie!

jeśli chcesz porozmawiać z kimś o przyjaźni z Bogiem, napisz:
trojmiasto@podprad.pl

26-12-1997 00:00:00 ·
«    1 2 ... 280 281 282 283 284    »
  • Save this on Delicious

Reklama

News

packersmovers .in

Avoid pipe dream gauges. Generally, these are organizations that may offer a lower site before the move and after that discharge your pockets with concealed a great many. Be extremely careful about

Zamienić kurnik na apartamentowce…

Ponury i przygnębiający barak pamiętający zamierzchłe czasy PRL, dawna i dzisiejsza siedziba władz jednej z największych gdańskich spółdzielni mieszkaniowych, nie jest najlepszą wizytówką LWSM Morena.

„Promyk Nadziei” zbuduje plac zabaw

Zakończył się konkurs skierowany do organizacji pozarządowych na wybudowanie plac w zabaw dla dzieci na terenie Gdańska. Nowe atrakcje dla najmłodszych powstaną do końca 2010 r. Wśr d dwunastu oferent

Niechciane zaliczki

Zarząd LWSM Morena wprowadził zaliczkową opłatę 10 złotych na poczet rozliczenia tak zwanej wody r żnicowej. Kwota ta podlegać będzie rozliczeniu po zakończeniu okresu rozliczeniowego zużycia wody.

Castel wycina w pień

Przy ul. Magellana na Morenie wycięto w pień dorodne drzewa, a zaraz potem na teren wjechały spychacze zaalarmowali nas mieszkańcy osiedla Morena. Jeśli wycięte zostały jakiekolwiek drzewa, to z c

Zarządowi nie podwyższono wynagrodzenia

17 sierpnia obradowała Rada Nadzorcza LWSM Morena . Obecni byli zainteresowani członkowie sp łdzielni. Zmieniono zasady typowania dom w do rocznego planu dociepleń. Obecnie o pierwszeństwie będzie de

Myjnia oprotestowana

Czy na parkingu przy ul. Kolumba wydzierżawionym od sp łdzielni prywatny przedsiębiorca, Władysław Krugły, będzie m gł zbudować myjnię dla samochod w? Mieszkańcy sąsiadujący z tym parkingiem, sondow

Przed pierwszym dzwonkiem…

Do nowego roku szkolnego pozostało już niewiele czasu, toteż każda godzina w szkole przy Gojawiczyńskiej wykorzystywana jest maksymalnie, aby jak najlepiej przygotować plac wkę do zajęć.Brygada remont

Czy bandytyzm zawładnie Moreną?

Podpalenie piwnicy przy Marusarz wny 6, uszkodzenie windy dwa tygodnie p źniej w tym samym bloku, kradzież element w rusztowania przy Amundsena, przecięcie przewod w paliwowych w samochodzie zaparkowa

Bez tabletek uspokajających

Pracownicy chełmskiej sp łdzielni twierdzą, że wraz z dokonanymi zmianami we władzach przestały śnić się im po nocach koszmary i do pracy, jak dawniej, chodzą chętnie, bez stresu.Maria Supłatowicz pot

Wczytywanie...